Wprowadzenie
Biografia
Najnowsze Artykuły
Albumy
Archiwum
Polecam
Kontakt
 

Spotkałem prawdziwego Kowboja.

Prowincja Alberta w ostatnich latach a zwłaszcza obecnie kojarzy się wszystkim z wydobyciem ropy i przemysłem z tym związanym, Górami Skalistymi, dużą ilością pracy i niewiele więcej. A przecież Alberta to także prerie, hodowla bydła i kowboje. Tradycja hodowców koni i krów sięga wiele lat wstecz. Calgary ma, co roku największy na kontynencie pokaz rodeo nazywany „Stampeede”. Gdy jedziemy prostymi jak strzała szosami, na każdym kroku spotykamy olbrzymie stada bydła. Bydła, które nigdy nie schodzi do obór. Spędza całe życie na powietrzu, a zajmują się nim właśnie kowboje, tak jak na dawnych filmach. No może bez rewolwerów przy pasach. Najlepsza wołowina pochodzi właśnie z Alberty i jest exportowana na cała Amerykę Północną i nie tylko. Ok. 3 milionów krów żyje w Albercie i produkcja wołowiny stanowi prawie połowę produkcji całej Kanady. Alberta jest również głównym producentem mięsa z bizonów. Dlatego właśnie kowbojski kapelusz jest w Albercie normalnym nakryciem głowy, muzyka Country ciągle żyje a w calgaryjskim barze Ranch Man na ulicy McLeod w każdy czwartek dużym powodzeniem cieszy się tradycyjny taniec kowbojów – squar dance, na który przyjeżdżają ranczerzy nawet z daleka. Zresztą „daleko” przy tutejszych płaskich przestrzeniach to pojęcie względne. Na preriach mówi się, że jak komuś pies ucieknie to jeszcze po trzech dniach widać jego ogon. Raz w roku na przedmieściach Calgary w Spruce Meadows odbywa się wielka impreza. Jest to pokaz koni. Pisałem już o tym, że tam właśnie poznałem pana Romana Kneblewskiego, który był wówczas ubrany w strój dawnego zwiadowcy konnego w skórzanej kurtce, z winchesterem i oczywiście na koniu wraz całym oddziałem jemu podobnych. Umówiłem się wtedy, że przy jakiejś okazji odwiedzę go na jego ranczo. Ta okazja właśnie się zdarzyła. W ostatnią niedzielę wybrałem się 150 km na północ, zaopatrzony w informacje na kartce jak odnaleźć  White Eagle Ranch. Początkowo była to prosta jazda autostradą w stronę Edmonton. Trzydzieści km przed Red Deer trzeba było skręcić na zachód a po 50 km, zaraz za pomalowana na zielono dużą oborą skręcić na południe, dojechać do końca drogi, przejechać przez „texas gate”, las i już. Aha, miałem jeszcze informację, że jeśli na tym pięćdziesięciokilometrowym odcinku przejadę przez most na rzece to znaczy, że jestem na dobrej drodze.. No cóż, most był, wiec się trochę pocieszyłem. Zobaczyłem też zieloną oborę, skręciłem. Tam już były tylko koleiny w śniegu i trochę zasp, ale od czego jest jeep. Po jakimś kilometrze czy dwóch dojechałem do „texas gate” ( a właśnie, że nie powiem, co to jest). Była tam tabliczka z napisem, że to teren prywatny. Tutaj śnieg był pięknie uprzątnięty jakimś spychaczem. Z nadzieją, że jestem na właściwej drodze wjechałem za bramę. Droga wiła się wśród ośnieżonego lasu, świeciło słońce, było pięknie. W pewnym momencie nagle ukazał się biały dom, podjazd i mały parking. Dom stał na wzgórzu, teren bardzo urozmaicony, dużo lasu, widok raczej jak w Ontario niż w Albercie. Dalej nie wiem czy jestem we właściwym miejscu, ale gdy zobaczyłem Romana wszystko się wyjaśniło. Piękne górzyste pokryte lasem i pastwiskami rancho ma powierzchnie 120 hektarów. Roman ma teraz 60 lat i już nie trzyma tylu koni, co kiedyś, ale ma ich ciągle 12 sztuk. Są to tzw. Quarter Horses. Nazwa pochodzi stąd, że są one najszybszymi końmi na ćwierć mili. Koń specjalnie wyhodowany do pracy z krowami. Ma duży silny zad, jest stosunkowo niski i niezwykle zwrotny. Z krowami pracuje jak dobrze wyszkolony owczarek z owcami. Jest mądry, sam orientuje się, co robić ze stadem. Nie należy mu tylko przeszkadzać.

Konie pana Kneblewskiego są bardzo przyjacielskie. Przychodzą blisko, łaszą się jak psy, domagając pieszczoty. Tutaj się dowiedziałem, że to są właśnie konie typowo kowbojskie, używane w całej Północnej Ameryce do pracy z bydłem. Roman miał kiedyś również spore stado krów i jest prawdziwym kowbojem. Sam ujeżdża swoje konie. Sprzedaje je również do Polski. W Europie coraz popularniejszy staje się westernowy styl jazdy. Organizowane są zawody ujeżdżania koni właśnie pod kątem pracy z bydłem. Prym wiedzie i zdobywa wszystkie mistrzowskie tytuły pan Aleksander Jarmuła z Tarnowa. Wygrywa nawet z rodowitymi kowbojami z zachodniej Ameryki Północnej. A wygrywa te zawody często właśnie na koniach z hodowli Romana Keblewskiego. W dniu ukazania się tego nr. „Gońca” odlatuję do Polski. Spotkam się tam również z panem Aleksandrem Jarmułą. Dokończę wówczas rozpoczętą dzisiaj historię o polskich prawdziwych kowbojach. Tu w Albercie i tam w Polsce. Zapraszam również na reportaż telewizyjny z Rancza na stronie: www.interwizja.tv

Do usłyszenia za tydzień z Polski

Marek Mańkowski

"GONIEC" Toronto, 19 styczen 2007

 

 

 

 

 
   

Marek Mańkowski

 Gazety: Goniec , Nowy dziennik (Nowy York)
©Marek Mańkowski