Wprowadzenie
Biografia
Najnowsze Artykuły
Albumy
Archiwum
Polecam
Kontakt
 

Chodźmy do Zoo

Calgaryjskie Zoo powstało jako jedno z pierwszych w Kanadzie. Otwarte zostało w roku 1929. Duża jego cześć jest ulokowana na wyspie. Pokryte bujną roślinnością, jest piękną naturalną enklawą prawie w środku miasta. Z daleka wygląda jak naturalny nie skażony cywilizacją obszar. Mimo, że otoczone autostradami, linią kolejową i blisko śródmieścia, w ogóle tego nie widać z terenu ogrodu. Otoczone naturalnymi i sztucznymi, wyglądającymi jak prawdziwe górami, pokryte gęstą roślinnością i drzewami powoduje, że zapominamy, iż kilkaset metrów dalej znajduje się milionowe miasto.

Calgaryjskie Zoo jest drugie pod względem wielkości w Kanadzie i chyba najbardziej unikalne. Poza kilkoma wyjątkami warunki dla zwierząt są jak najbardziej zbliżone do naturalnych.

 Stado lwów w afrykańskiej części Zoo leży sobie w wysokich trawach jak na prawdziwej sawannie. Lew wylegujący się jak prawdziwy król i lwice z czujnie uniesionymi łbami. Teren ich wybiegu tak duży ze spokojnie mogłyby przeprowadzić pełne polowanie z nagonką.

Rewelacyjny jest ogromny szklany zbiornik, a właściwie basen ze szklanymi ścianami a w nim duże ryby i....Dwa ogromne hipopotamy. Hipcie siedzą sobie w wodzie,  ale w przeciwieństwie do innych ogrodów zoologicznych gdzie widać tylko od czasu do czasu ich nozdrza, gdy nabierają powietrza przed kolejnym zanurkowaniem, tutaj widać je pod wodą w całej okazałości. W części afrykańskiej są tez żyrafy, strusie, goryle, o których niezwykle ciekawie opowiada ich młody opiekun i wiele innych zwierząt. Bardzo ciekawa jest ekspozycja zwierząt z puszczy tropikalnej, które są aktywne wyłącznie w nocy. Wewnątrz budynku jest ciemno i tylko z wielkimi szybami widać tajemnicze niebieski blask, w którego poświacie ukazuje się nam wnętrze ucharakteryzowane na tropikalny las. Trzeba dobrze wytężyć wzrok by zobaczyć, co tam żyje, ale za to nabiera to niesamowitej autentyczności.

Wszystkie budynki w afrykańskiej części zaprojektowane są tak ze samym wyglądem kojarzą się z Afryką właśnie. Oprócz tego są oczywiście sklepy z pamiątkami, miejsca gdzie można coś zjeść i wypić, stoły piknikowe, i plac zabaw dla dzieci, gdyby znudziły się chodzeniem. Oprócz Afryki reprezentowana jest też Australia i Eurazja.

 Jedną z atrakcji jest tez Prehistoric Park. Wśród bujnej roślinności i skał stworzonych ręką artysty a wyglądających absolutnie prawdziwie, skalnego urwiska z pięknym wodospadem, wyłaniają się od czasu do czasu potwory z prehistorycznych czasów umieszczone i ucharakteryzowane tak jak by naprawdę tam żyły. Miejsce bardzo popularne wśród młodych par. Tajemnicza sceneria, wiele miejsc do ukrycia i super miejsce na romantyczny spacer z małym dreszczykiem. Któż by powiedział, że tuż za skalistymi zboczami znajduje się miejska autostrada, gdy jej nawet tu nie słychać. Największe wrażenie zrobiła na mnie jednak część Zoo poświecona zwierzętom Kanady. Zrobiona naturalnie, bez żadnych kawiarenek, lodów i stoisk z kawa. Idzie się tam i zapomina o cywilizacji. Poza tym roślinność tak swojska i nasza, że czujemy się tam naprawdę jak u siebie. Wysokie trawy, osikowe zarośla, brzęczące owady. Czułem się jak w kanadyjskiej dziczy. Ścieżki wiją się wśród wzgórz i mimo że ludzi tu sporo, prawie ich nie widać. Gdy wchodzimy w rejon „Gór Skalistych” są one tak prawdziwe, jak tylko być mogą. Nawet wspaniały wąski, z pionowymi skałami wąwóz jest absolutnie prawdziwy i wchodzi się tam mimo woli, wspinając po prawdziwych skałach i kamieniach. Wąwóz staje się coraz węższy, skały prawie zamykają się nad głowami i gdy już myślimy, że zaraz otworzy się przed nami jakiś wspaniały widok na bezkresne doliny, kanion kończy się ślepą, skalistą ścianą. Wracamy, więc z powrotem i czujemy się jak byśmy wracali z wyprawy po złoto.

Po prawej stronie, wśród skał i traw widać górskie kozice i muflony. Zwierzęta muszą się tu czuć dobrze, bo prawie każdy gatunek ma swoje młode. Śliczna malutka koziczka  skacze i dokazuje po skałkach, stary wielki kozioł leży sobie w słońcu i przeżuwa a mama kozica skubie trawę. Potem wejście do ogrodzonej siatką przestrzeni. Podwójna furtka. Trzeba zamknąć jedną by otworzyć drugą. Wydaje się ze nic tu nie ma wśród świerków, osik i traw. Oko myśliwego przydaje się jednak. Kilka par odwraca wzrok i patrzy, na co kieruję nagle kamerę. A ja robię zdjęcie, które wiem, że będzie dobrym prezentem dla mojej przyjaciółki z Toronto Ilony Girzewskiej.

Wspaniała sowa, ogromna i prawie niewidoczna przy pniu świerka. Potem następna para sów, i jeszcze. Siedzą nieruchomo z zamkniętymi oczami, czekają na noc. Pod jednym z drzew widzę resztki zwłok myszy. Te sowy naprawdę polują tu nocą.. Ilona zbiera sowy. Ma ich chyba kilkaset. Oczywiście to są figurki różnych wielkości. Tym razem będzie to zdjęcie autentycznego nocnego łowcy. Idziemy dalej.

Po drodze były leśne karibu, bizony, bardzo północne muskox, które potrafią przetrzymać temperatury poniżej -50 C. W dolince, na jakby górskiej połoninie, stylowa duża chata z grubych drewnianych bali. To miejsce (jedyne w tym sektorze) gdzie można odpocząć i posłuchać wykładu. Kupić coś do picia. Idziemy dalej. Zaczynam się martwić. Obiecałem mojej ulubionej Beacie z Warszawy zdjęcie grizzly. A tu ani śladu tego największego drapieżnika. Widzę wilki, pumę na skałach, poruszającą się  z gracją i lekkością jakby nic nie ważyła, a grizzly nie ma.

I wreszcie, w dali, widzę. Nie da się pomylić charakterystycznego garbu. Podchodzimy bliżej. Na dużym terenie dwa piękne grizzly. Może nie największe, ale prawdziwe. Królowie Gór Skalistych. Miejsce zrobione bardzo naturalnie. Skały, trawy. Nawet mała rzeczka i głębokie jeziorko. Skąd wiem, że głębokie?  Bo jeden z niedźwiedzi siedział w nim i bawił się jak dziecko. Tylko, że jego zabawka to był wielki kloc drewna, który porzucał w powietrze i patrzył jak spada z pluskiem. Potem wylazł z jeziorka, pomyszkował trochę, znalazł poroże karibu, wrzucił je do wody i wskoczył za nim wzbijając wielką fontannę wody. Jakimś cudem znalazł poroże pod wodą i zaczął je ogryzać potężnymi szczękami. Potem odrzucił je, znalazł znowu, zaczepił drugiego grizzly, prawie się z nim pobił namawiając do wspólnej zabawy w wodzie, wskoczył znowu do wody i bawił się dalej. Nie miał absolutnie stresu zwierzęcia w niewoli. Zrobiłem masę zdjęć. Jedno z nich możecie zobaczyć. Czarne niedźwiedzie, które były w następnej sekcji wyglądały już nie tak imponująco, prawdę powiedziawszy wyglądały malutkie, a przecież skóra mojego pierwszego niedźwiedzia (czarnego), która wisi nad moim łóżkiem ma prawie dwa metry długości, hm... Stamtąd już tylko do wyjścia. Kilka godzin minęło niewiadomo kiedy. Muszę tam wrócić.

(A Beata powiedziała, że ten grizzly wygląda jak mały fiat, hm...)

Marek Mańkowski

"GONIEC"  13 lipca 2007

 

 

 

 

 
   

Marek Mańkowski

 Gazety: Goniec , Nowy dziennik (Nowy York)
©Marek Mańkowski