Wprowadzenie
Biografia
Najnowsze Artykuły
Albumy
Archiwum
Polecam
Kontakt
 

XII  Światowe Forum Mediów Polonijnych

7 grudnia 2004 r.

Forum odbywa się co roku we wrześniu. Organizuje je Małopolskie Forum Współpracy z Polonią, którego dyrektorem i prezesem zarządu jest Stanisław Lis, a jego bezpośrednimi współpracownicami Jolanta Kwiek i Małgorzata Sajdak. Założeniem  jest ściągnięcie dziennikarzy polonijnych z całego świata, umożliwienie im wzajemne poznanie się i w ciągu tygodnia przedstawianie i zwiedzanie wybranego rejonu Polski. To zwiedzanie nie jest oczywiście bezinteresowne. Organizatorzy  mają nadzieję na promowanie w świecie poszczególnych województw i regionów jak również związanego z nimi biznesu. Przynosi to chyba efekty, bo sponsorów Forum jest wielu a koszty utrzymania ponad 150 ludzi przez tydzień nie są małe. Zaproszenie na XII Forum otrzymałem imienne, jechałem jako przedstawiciel nowego już „Dziennika itp” Pawła Jedlewskiego. To miał być mój drugi wyjazd do Polski w tym roku. Pierwszy był w lutym i był to pierwszy po siedemnastu latach, o czym pisałem wcześniej. Teraz leciałem znowu. Ciekawy byłem czy tym razem również będę tak urzeczony zmianami w Kraju jak w lutym, czy może była to tylko euforia pierwszego po latach spotkania. Okazało się, że moje pierwsze wrażenia były prawdziwe i potwierdziły się w drugim spotkaniu z ziemią polską.

 A teraz o rzeczach dziwnych i ciekawych, czyli Forumowe wspomnienia.

Z Toronto wyleciałem LOT – em 4 września. Może inne połączenia są parę dolarów tańsze, ale wygoda bezpośredniego lotu do Warszawy bije na głowę chęć problematycznych oszczędności, przynajmniej dla mnie. Jeden dzień (nie cały) u mamy w Otwocku i w poniedziałek o 6:00 rano jestem w pociągu do Tarnowa. Nie pamiętam, kiedy jechałem ostatni raz pociągiem. Chyba było to 5 lat  temu z Toronto do Campbellton w New Brunswick. Nie było to miłe wspomnienie. Trasa ok 1300 km, pokonywana głównie w nocy i od Quebec City pociąg wlókł się niemiłosiernie może 30 km/godz. I tu miłe zaskoczenie. Pociąg „intercity” nie tylko odjechał punktualnie ale jeszcze gnał całą drogę jak by miał zdążyć na wczoraj. A do tego piękne słońce, zapomniane widoki i rozmowa w Warsie z dziewczyną, która jechała do Tarnowa by ratować nieszczęśliwą miłość. Czas minął nie wiadomo kiedy i już jestem w Tarnowie. Wychodzę przed dworzec. Taksówki czekają na klijentów, a nie odwrotnie jak było za moich czasów. Stoję kilka minut by wchłonąć atmosferę miasta, zastanawiam się czy nie pójść na piechotę, hotel Tarnovia podobno niedaleko, ale biorę jednak taxi. Kilka minut jazdy i jestem na miejscu. W holu po lewej stronie stolik organizatorów. Dostaję teczkę informacyjną i plakietkę z moim nazwiskiem i nazwą Dziennika. Tym samym pociągiem przyjechało wiecej ludzi i robi się tłoczno. Z otwartymi ramionami wita mnie Ela Wolska która przyjechała dzień wcześniej. Ela jest stałą bywalczynią Forum. Przedstawia mnie kilku swoim znajomym, którzy również nie są nowicjuszami. Po zostawieniu rzeczy w pokoju schodze na dół i siadamy na zewnątrz na patio. Jednym z nowopoznanych jest lekarz z Niemiec, który przejawia nieprzepartą chec zorganizowania wyprawy niemieckich lekarzy do Kanady i zostawia mi od razu kontakt do siebie. Słucham opowieści o poprzednich Forum. Poznaję nowych ludzi. O godz. 15:00 podstawiają autokary i jedziemy do Małopolskiego Urzędu Wojewódzkiego. Forum sie rozpoczyna.

Teraz dopiero widzę jak wielu nas jest. Tzn. ludzi którzy pracują w mediach polonijnych. Najwięcej z Europy, w tym z Europy Wschodniej, chociaż oni, jak slusznie jeden z nich zauważył nigdy Polski nie opuszali. To Polska opuściła ich, choć nie ze swojej winy. Są dziennikarze z Ukrainy, Białorusi, Litwy, Mołdawi, Rosji, Łotwy, Kazachstanu. Jest ich dużo. Nie jest im łatwo. Z wolnością słowa ciągle jeszcze tam krucho, finansowo bardzo biednie, sprzęt stary, ale podtrzymują słowo polskie i polską tradycję w rejonach gdzie Rosja sowiecka chciała polskość zlikwidować. Mówią ze śpiewnym wschodnim akcentem i są sympatyczni. Inne państwa reprezentowane na Forum to Czechy, Słowacja, Austria, Niemcy, Francja, Holandia, Belgia, Szwecja, Liban, Egipt, Grecja, Kanada, USA, Australia, w sumie 27 krajów jest reprezentowanych na Forum. Polonia jest wszędzie. I wszędzie mówimy po polsku. I piszemy.

 Forum rozpoczyna  dyrektor Stanisław Lis witając nas wszystkich cytatem Seneki: „Jeżeli człowiek nie wie do jakiego zmierza portu, żaden wiatr nie jest pomyśny”. Dla dziennikarzy polonijnych takim portem jest Tarnów. I to chyba prawda. Serce rosło widząc nas tylu. A jeszcze ok 200 osobom musiano odmówić akredytacji. Forum staje się coraz popularniejsze a liczba uczestników musi pozostać stała, choćby ze względu na koszty. Poza tym kilka osób, w tym z Kanady uznało Forum jako jeszcze jedną okazje do wypicia i ci juz więcej zaproszenia nie dostaną. Ich zachowanie było podobno żenujące i wspominano o nich z niesmakiem i krótko w prywatnych rozmowach.

Minutą ciszy uczczono pamięć tych, którzy odeszli w ostatnim roku. Byli to Jerzy Rzeszuta, Zdzisława Błaszkowska, Feliks Paszkowski.

Dyrektor Lis złożył na rece Elżbiety Wolskiej podziękownia wszyskim Polonusom za serdeczne przyjęcie w Toronto na początku roku.

Następnie omówiono program naszego pobytu. Program bardzo napiety i jak czas pokazał, realizowany. Do tego stopnia, że z hotelu wyjeżdżaliśmy o siódmej rano a wracaliśmy poźną nocą. Ale o tym później. W pierwszym dniu zaznaczono nam tylko, że w środę pociąg do Gdyni odjeżdża o ósmej rano i kto nie zdąży może go gonić taksówką lub autostopem. Słyszałem już wcześniej o punktualności na Forum i nie czekaniu na nikogo kto nie jest o czasie. Nie dziwię się. Utrzymać jakąś organizację wśród ponad 150 ludzi to niełatwe zadanie, zwłaszcza wśród dziennikarzy, którzy są przyzwyczajeni do chadzania własnymi drogami.

Po krótkich zagajeniach członków zarządu MSWzP mikrofon poszedł na salę i dziennikarze przedstawiali kolejno siebie i media, które reprezentowali.Nie sposób wymienić wszystkich, nie starczyło by łam „Dziennika itp”.  Jerzy Barankiewicz uhonorował Stanisława Lisa składając mu w prezencie bęben Indian z plemienia Navaho, a Radio Lwów reprezentowane przez Basie Baczyńską, Anię Gordyjewską, Teresę Pakosz i Irenę Swidzińską mianowało dyr. Lisa Wielkim Hetmanem Koronnym, wręczając mu buławę i nominację. Atmosfera panowała przyjacielska, każdy  miał okazję opowiedzieć o sobie, niektórzy robili to nawet dość długo, ale było sympatycznie i bez pompy. W przerwie poznawano się wzajemnie, wielu znało sie już z poprzednich spotkań, robiono wywiady i dyskutowano przy kawie i ciastkach.

O 18:30 autobusy odwiozły nas do hotelu gdzie o 19:00 czekała nas kolacja. Po kolacji pierwszy tzw. wieczór integracyjny uświetniony występem dziennikarskiego kabaretu „dEFEKT”. Nazwa tłumaczy sie jako „ dziennikarski Ewentualnie Forumowy Efektowny Kabaret Tarnovia”. Jest tworem absolutnie amatorskim i powstał gdzieś ponad oceanem za pomocą łączy internetu, a stworzyli go  Tadeusz Urbański ze Sztokholmu, założyciel pisma „Przewodnik” i Janusz Szlechta z nowojorskiego „Nowego Dziennika”. Już na miejscu dokooptowali trzy dziewczyny z Radia Lwów: Annę Gordijewską, Basię Baczyńską i Teresę Pakosz, Stanisłwa Panteluka z Ukrainy i Ilonę Girzewską z Kanady- dziennikarkę Glosu Polskiego i aktorkę kabaretu TO I OWO z Toronto. Mimo, że występ sie mocno opóźnił (oczekiwano na przybycie Jolanty Danielak, wicemarszałka Senatu RP) wszyscy dotrwali i było sporo zabawy. Impreza absolutnie spontaniczna i amatorska, z wieloma potknięciami (jedyną próbę mieli na godzinę przed występem) spowodowała, że poczuliśmy się jak w rodzinie i że to NASZ kabaret. Furorę zrobiła piosenka „Móżdżek po polsku” i własna wersja „Pana Tadeusza”. Bar był otwarty i integrację kontyunowano jeszcze długo po występach i zamknięciu restauracji w jednej z hotelowych sal. Były i śpiewy i toasty ale nic co by wychodziło poza ramy naprawdę dobrej zabawy. Ostatni uczestnicy integracji dotarli do pokoi ok. czwartej nad ranem co nie przeszkodziło wstać im rano przed siódmą by po śniadaniu, już o ósmej być gotowym do kolejnego dnia. Co sie działo dalej w następnym wydaniu, a działo sie dużo...

 

(dzień drugi)

Pomimo długiego i urozmaiconego wieczoru integracyjnego na śniadanie zeszli wszyscy. Było podawane w hotelowej restauracji. Każdy z nas miał „kartki na jedzenie” które zabierali kelnerzy. Jedzenie niezłe i w dużych ilościach. Był to bufet, gdzie każdy mógł sie zaopatrzyć do woli w to co mu najbardziej smakowało no i oczywiście w kawę, która miała wyjątkowe powodzenie. Na 8:00 mieliśmy być w Ratuszu i oczywiście byliśmy. Punktualność forumowa, o której tyle słyszałem stawała się faktem. Ta sama sala i ten sam stół prezydialny tylko za stołem trochę wiecej osób. Widać, że potraktowano nas poważnie. Jest wicemarszałek Senatu Rzeczypospolitej Jolanta Danielak, minister Ryszard Ulicki z Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, min. Ryszard Klem z departamentu Konsularnego i Polonii Ministerstwa Spraw Zagranicznych, wojewoda małopolski Jerzy Adamik, wicewojewoda śląski Andrzej Waliszewski, wiceprezes Zarządu Klubu Niezależnych Stowarzyszeń Twórczych w Katowicach Aleksander Fiszer, starosta tarnowski Michał Wotkiewicz, prezydent Tarnowa Mieczysław Bień, dyrektor Telewizji Polonia Antoni Bartkiewicz, dyrektor Radia Polonia Michał Maliszewski, dyrektor TVP 3 Andrzej Czapliński, prezes Zarządu PAP Waldemar Siwiński, pracownik naukowy UJ dr Zbigniew Bajka, poseł na sejmobecnej kadencji i były wojewoda tarnowski Wiesław Woda i redaktorzy tarnowskich środków masowego przekazu, a także sponsorzy imprezy, burmistrzowie i wójtowie. Mam nadzieję, że wymieniłem wszystkich. Powitał nas jeszcze raz już hetman koronny Stanisław Lis a potem mikrofon przejęła wicemarszałek Senatu Jolanta Danielak. Przypomniała nam, że tradycją datującą się od 1929 utrzymywaniem kontaktów z Polonią zajmował sie Senat Rzeczypospolitej i powrócono do tej tradycji w 1989 r. Wysokość środków będących w dyspozycji Senatu na cele polonijne to 47 milionów złotych, ale ta kwota pokrywa zaledwie 1/3 zgłaszanych potrzeb. Większość funduszy przeznaczana jest na pomoc Polakom na wschodzie. Na zakończenie pani wicemarszałek oficjalnie otworzyła XII Swiatowe Forum Mediów Polonijnych. Potem były kolejne przemówienia i to sporo bo przecież dostojnych gości bylo wielu. Mimo to prawie nikt na sali nie zasnął co dobrze świadczy i o nas i o dostojnych gościach. Był również czas na pytania. M.in. pytano jednego ze sponsorów Forum, przedstawiciela kopalni soli w Wieliczce, dlaczego miasto Wieliczka nie rozwija swojej bazy turystycznej by również czerpać dochody z turystyki. Okazuje się, że miastu po prostu na tym nie zależy, że kopalnia niejednokrotnie chciała przekonać władze miasta do tego pomysłu ale bez skutku. Efekt jest taki, że w samym mieście nie ma ani porządnej bazy hotelowej, ani retauracji z prawdziwego zdarzenia. Na zakończenie spotkania ogłoszono wyniki konkursów Forum. Przyjemną niespodzianką było dla mnie otrzymanie wyróżnienia w konkursie „Powroty do żródeł”. Potem był obiad, a potem znowu odjazd do Ratusza na starym mieście do historycznej Sali Kupieckiej. Spotkaliśmy się tam z prezydentem Tarnowa Mieczysławem Bieniem oraz redakcją „TeMI” obchodzącą XXV-lecie działalności. „TeMI” to tygodnik tarnowski i regionalny, jeden z najpopularniejszych tygodników regionie. Piszą do niego m.in. Janusz Korwin-Mikke, Stefan Niesiołowski, Jarosław Kaczyński, Henryk Cyganik. Po spotkaniu wyruszyliśmy do niedalekiej restauracji na Starym Mieście zaproszeni przez „TeMI”. Ależ to była kolacja.Widać to chyba dobrze na zdjęciach. A smakowało jeszcze lepiej. Po spróbowaniu wiekszości potraw, namówiłem jedną z uczestniczek Forum Irenę Dowlaszewicz z Białorusi na spacer po starym mieście. Było to bardzo przyjemne uczucie, zwiedzanie Starówki w towarzystwie ładnej dziewczyny. Czułem sie jak na randce. Tym bardziej, że zapadł zmrok, świecił księżyc nad dachami a mała restauracyjka w ciasnym zaułku przeurocza. Tak nam się podobało, że do hotelu musieliśmy wrócić na piechotę bo autokary oczywiście na nikogo nie czekały, ale było to tylko przedłużenie miłego spaceru. Dziekuje Irenko za przemiły wieczór. Następnego dnia wyruszamy do Gdyni. Ale to juz w następnym numerze.

(dzień trzeci)

Wieczór integracyjny dnia drugiego odbywał się na zewnątrz pod parasolami patio. Nie brałem w nim tym razem udziału. Miałem spotkanie, z którego ani nie mogłem, ani nie chciałem zrezygnować. Dochodziły mnie jednak odgłosy wieczoru przez otwarte okno. Było wesoło i dobrze i chyba nie dlugo, nie pamiętam dobrze. Rano przecież musieliśmy zdążyć na pociąg. Alternatywą było gonienie go taksowką lub autostopem. Przez cały poprzedni dzień probowano nam to uświadomić i chyba się udało. Na dworcu byliśmy 45 min. przed czasem czekając z walizkami i torbami. Nikt jednak nie marudził, zbyt bylismy zajęci opowiadaniem sobie nawzajem różnych historii. Również wnoszenie
bagażu na peron nie należało do najłatwiejszych. Mieliśmy przecież wiele pań, które przecież bez połowy szafy nie wybiorą się w żadną podroż. A my dżentelmeni nie zostawimy ich w potrzebie. Prym w wynajdywaniu dżentelmenów do noszenia walizy wiodła przemiła Agnieszka  z Kanady. Waliza była wyjątkowo ciężka ale zabójczy i jednocześnie taki niewinny uśmiech tej dziewczyny powodował, że faceci targali tę walizę prawie po dwa schody na raz. Tarnowski dworzec nie posiada ruchomych schodów więc wszystko trzeba było wnosić. Wyobrażam sobie gdyby to się działo na parę minut przed odejsciem pociagu. Kolejny więc raz okazalo się ze "swięta trojca" czyli dyr. Lis i jego Aniolki mieli rację wszczepiając w nas jak w psy Pawłowa konieczność  wcześniejszego bycia na dworcu. Czemu Małgosię Sajdak i Jolę Kwiek nazywamy Aniołkami? Otóż one w przedziwny sposób, jak filmowe Aniołki Charliego potrafiły radzić sobie z każdym problemem, niejednokrotnie tak szybko, że nawet wiekszość z nas nie zdążyła go zauważyć. Czasem były to drobiazgi, a czasem rzeczy poważne. Te dziewczyny usuwały nam wszelkie przeszkody i sprawiały, że wszystko posuwało się do przodu jak dobrze naoliwiona maszyna. Staszek Lis kierował tym wszystkim z wyżyn i „zza kurtyny” jak prawdziwy Charli. Do końca pobytu mogłem tylko podziwiać wspaniałą organizację  trzymania w karbach tylu ludzi i zdarzeń. I jeszcze spowodować, że dobrze się z tym czuli. Staliśmy więc  na tym dworcu przyglądając sie podmiejskim pociągom i jednej dużej lokomotywie. Było wesoło, chociaż niektórzy chcieli by jeszcze pospać. W końcu nadjechał pociąg. Dwa wagony były zarezerwowane dla nas. Walizy, torby i mniejszych ludzi wrzucono najpierw. Wszyscy znaleźli się w przedziałach i ruszyliśmy. Nikt sie nie zgubił, nikt nie zaspał. Tylko jeden z uczestników pojechał w inną strone.  Mówił, że pojechał tam  specjalnie, gdy już dotarł do Gdyni i opowiadał nam krew mrożącą w żyłach historię o kamieniu wybijającym szybę pociągu i mijającym go o włos. Nie pamiętam gdzie pojechał ani po co, ale gdyby pojechał z nami to by w niego nikt nie rzucał. Potem już nikt się nie oddalał, więc może to było specjalnie by się nie odłączać. To miało być osiem godzin jazdy. I było. Tylko, że nie wiadomo kiedy minęło, przynajmniej dla mnie. Pociąg znowu gnał, Kraków, Warszawa, Malbork i Gdynia. Prawdą jest, że urozmaicaliśmy sobie tę jazdę odwiedzinami w różnych przedziałach a niektórzy próbowali nawet dać koncert popularnych piosenek biesiadnych. Koncert został jednak stlumiony w zarodku przez skargę smutnego kolejarza do Małgorzaty Sajdak, która sposobami znanymi tylko Aniołkom sprowadziła ciszę na wesołe wagony. A przecież kolejarz miał szansę się uśmiechnąć. Może wolał być smutny. W Gdyni czekały na nas autokary, którymi mieliśmy się poruszać już do końca pobytu, ale na razie zawiozły nas tylko do hotelu „Gdynia”. Tu stworzyło się na krótko małe zamieszanie bo pokoje tym razem były tylko podwójne i trzeba było szybko decydować kto chce z kim spać. Udało sie to rozwiązać dość szybko ale nie przyjrzałem się specjalnie jak. Z zamieszania chciał skorzystać miejscowy złodziejaszek i uraść coś z torebki jednej z uczestniczek Forum. Zapobiegła temu spostrzegawczość innej z pań. Po zakwaterowaniu wyszedłem nad morze, które było tuż obok. Przeszedłem przez plażę gdzie bawiły garstki młodzieży coś tam zażywając i dotarłem do nadbrzeża portowego, przy którym zacumowane stoją Dar Pomorza i niszczyciel Błyskawica. Doszedłem do końca nadbrzeża i daleko nad zatoką ujrzałem kawałek tęczy, reszta chowała się w chmurach. Daleko na redzie stał ze zwiniętymi żaglami „Dar Młodzierzy”, pachniało morzem. Urodziłem sie Słupsku, morze znałem od wczesnego dzieciństwa, ale nie byłem tu od 20 lat. I gdyby nie Forum to nie wiem kiedy bym był. Czas było wracać do hotelu, czekała przecież uroczysta kolacja i powitanie. Kolacja była w hotelowej restauracji. Powitała nas dyrektor Radia Gdańsk, Alina Kietrys, która włożyła wiele trudu w organizację naszego tu pobytu. Dziękujemy. W imieniu prezydenta Gdyni witała nas rzecznik prasowy, Joanna Grajter. Stoły były suto zastawione, jedzenie pyszne a grała i zabawiała nas kaszubska kapela „Kleka” z Pucka. Kuchnia hotelu Gdynia była regionalna, kaszubska. Była rownież kaszubska czarownica, ktorą okazała się szefowa muzeum baśni kaszubskiej Marzena Usarek, która uderzeniem miotły w imieniu Borowej Ciotki otworzyła wieczór magii. Opowiedziała nam o zwyczajach i wierzeniach Kaszubów i o siedmiu kolorach haftu. Atrakcją był pokaz tabakier i możliwość zażycia tabaki. Przyznam się, że po raz pierwszy miałem okazję spróbować tabakę i to było ciekawe uczucie. Można też było się częstować do woli surowym bursztynem. Po kilku godzinach sala zaczęła pustoszeć. Szlismy spać i to tym razem nie sami (dwuosobowe pokoje). Pobudka o 6:30 rano. Staszku, litości, takiej godziny nie ma. Cdn.

(dzień czwarty)

 

Śniadanie zaczynało się o 6:30, i tak juz było codziennie. Oczywiście nie wszyscy chcieli wstawać o tak dziwnej porze, ale ponieważ posiłek kończył sie o 7:30, więc kto nie chciał być głodny musiał. O 7:45 juz byliśmy w autokarach. Pierwszy dzień w Trójmieście rozpoczeliśmy jazdą do gdańskiego Ratusza Głównomiejskiego, gdzie w Sali Wety witały nas władze województwa pomorskiego. Zanim rozpoczęła sie część oficjalna, pomiędzy rzędami krzeseł chodziły piękne Gdańszczanki w historycznych strojach i rozdawały wszystkim upominki wśród których były bursztyny, tabaka, ceramika kaszubska, foldery. Przy powitalnych przemowach, które potem nastąpiły najbardziej zapamiętałem słowa wojewody Dąbrowskiego: „ Zobaczcie i zrozumcie co sie dzieje w Polsce i na Pomorzu, nawiążcie kontakty, zaprzyjaźnijcie się i napiszcie o tym, co w kraju dobrego się dzieje...” No właśnie. Dlaczego tak często czytamy tylko o rzeczach złych? Czy naprawdę to co dobre aż tak nie przyciąga uwagi, że gazetę sprzedają tylko złe wiadomości? Czy też jest to maniera piszących? Po przywitaniach nastąpiła multimedialna prezentacja wojewodztwa, czyli obrazem, dźwiękiem i słowem przedstawiano nam region i miasto z jego najlepszej strony. Potem była przerwa  i w pięknym wrześniowym słońcu mogliśmy pospacerować trochę po Starówce, która jest naprawdę piękna. Folkloru dodawał prawdziwy pirat w stroju z dawnej epoki, z którym można sobie było zrobić zdjęcie, oczywiście za drobną opłatą. Było tak przyjemnie, że niektórzy zapomnieli o czasie lunchu i gdy przyszli to już nie wszystko zostało (bufet). Były też troche narzekań bo lunch był na stojąco z kilkoma tylko stolikami, a niektórzy są przyzwyczajeni, że jak jedzenie to trzeba się wygodnie rozsiąść i poczekać aż przyniosą. Zawsze uważałem ze je się po to aby żyć, a nie żyje po to by jeść. Najwyrażniej nie wszyscy podzielali ten pogląd. Potem była konferencja prasowa ze sponsorami czyli tymi, którzy zapłacili za nasz pobyt licząc, że gdzieś tam wspomną o nich gazety na świecie co może czasem przynieść wymierne korzyści. Przyzwoitość wymagała by tam być i posłuchać, co nie wszyskim przyszło do głowy. Na wstępie nasza koleżanka, Agnieszka Buda-Rodriquez przeczytała list od Stowarzyszenia Gdańszczan w Kanadzie z życzeniami dla gości Forum. Sptkanie rozpoczął Adam Koperkiewicz, dyrektor Historycznego Muzeum Miasta Gdańsk, potem Zarząd Morskiego Portu Gdańsk SA przedstawiała kierownik działu promocji pani Grażyna Balcerak. Dyrektor Portu Gdynia Krzysztof Gromadowski, po przedstawieniu firmy jeszcze raz zaprosił nas na rejs Darem Młodzieży w sobote. Trzeci główny sponsor to Energia Gdańska Kompania Energetyczna SA, którą reprezentował jej rzecznik prasowy Mieczysław Wrocławski. O firmie Lotos SA, jednej z wiekszych na rynku dystrybucji paliw opowiedziała Alina Kietrys, gospodarz gdańskiego Forum. Było dużo pytań z sali, o kontakty, o związki zawodowe w tej kolebce Solidarności, o wejście do UE, o zanieczyszczenie portów. Najbardziej dla mnie kuriozalne były pytania naszych feministek. Pani Krystyna Misiak z Australi pytała o obecność kobiet we władzach miasta a przecież wiadomo że kobiety są już wszędzie i właściwie to my powinniśmy zacząć walczyć o równouprawnienie. Za to pani dziennikarka ze Związku Polek z USA  poszła dużo dalej i zapytała „...jaki procent Polek, nie tylko kobiet pracuje w stoczni...”. Włosy zjerzyły mi sie na głowie bo do tej pory myślałem, że wszystkie Polki są kobietami a tu specjalistka od kobiet sugeruje mi, że nie. Brrr...

Poza tym Pan Anatol Niechaj z Petersburga pytał o połączenia promowe z Gdańskiem, inni o autostrade A-1, o umowy między miastami. Elżbieta Wolska opowiedziała ciekawostke o istnieniu w Kanadzie regionu Kaszuby, który my wszyscy w Ontario znamy a o którym nie wiedział prawie nikt. Po konferencji zwiedzanie starówki z przewodnikami i Muzeum Narodowego gdzie min. wisi obraz Sąd Ostateczny Hansa Memlinga. Po 18:30 wizyta w redakcjach (Radio  Gdańsk, TVP O/Gdańsk i Dziennik Bałtycki). Podzielono nas na trzy grupy bo niemozliwością było odwiedzic taką masą wszystkich. Ja wybrałem Dziennik Bałtycki. Okazało się, że wiekszość też i redaktor naczelny Maciej Siembieda patrzył z przerażeniem jak mała salka konferencyjna redakcji zaczyna pękać w szwach. Był taki tłok, że jedna z dziennikarek musiała usiąść mi na kolanach, co mi zupełnie nie przeszkadzało bo była młoda, ładna i leciutka. Na samym początku zakopcił nas fajką pan Zbigniew Święch, ciągle donoszono krzesła ale w końcu zaczęło się. Spotkanie naprawdę interesujące , nie tylko z powodu kolan. Dowiedzieliśmy się jak można prawdziwie prowadzić gazetę i jaka może być jej potęga sprawcza ale o tym innym razem. Po spotkaniach w redakcjach pojechaliśmy na kolację do Restauracji św. Huberta  w Gdańsku-Wrzeszczu. Kolacja była prawie na wolnym powietrzu, pod dachem ale bez ścian a był to wyjątkowo zimny wieczór. Nie wszyscy usłyszeli żeby wziąść kurtki z hotelu rano i teraz przy zimnym piwie zrobiło sie naprawdę zimno. Ja też nie usłyszałem o kurtkach i byłem tylko w koszuli ale 17 lat w Kanadzie robi swoje i zimno mi specjalnie nie przeszkadzało. Udało mi się też uratować od zamarznięcia jedną z pań dolewjąc jej do herbaty trzymany zawsze w plecaku w piersiówce rum. Za to cały pieczony dzik serwowany na kolację był wyśmienity. Powiem, że był najlepszy jakiego jadłem kiedykolwiek, a jadłem ich sporo. Na koniec Ela Wolska, która zawsze o mnie pamięta zapoznała mnie z właścicielem restauracji Wojciechem Kraińskim, który pokazał mi swoją kolekcję trofeów myśliwskich z afrykańskich safari. Pan Wojciech prowadzi też sklep myśliwski i klub strzelecki. Obiecaliśmy sobie podtrzymać kontakt. Nie wszyscy wiedzą ze przez prawie 10 lat prowadziłem dział myśliwski w jednej z gazet w Toronto, wiec naturalnie było to dla mnie niezwykle interesujące. Niestety nie mogłem spędzić wiecej czasu z panem Wojciechem bo zmarznięci uczestnicy uchwalili, że wracamy, a do Gdyni było zbyt daleko by wracać piechotą, gdy odjadą autobusy. W hotelu niektórzy z nas poszli jeszcze na dyskoteke, chciaż było juz po północy. Od począdku pobytu w Gdyni Jurek Skrobot namawiał mnie na wieczorne wiskey,  ale w jego pokoju tel. nie odpowiadał, na dyskotece go też nie było, hm... Dyskoteka była jednak dość niemrawa więc poszedłem do swojego pokoju i tak się skończył dzień czwarty. Cdn

(dzień piąty)

Bardzo nie chce się wstawać o takiej nieistniejącej godzinie jak 6:30 rano. Przepraszam, o tej godz. zaczynało się śniadanie. Na szczęście była cała godzina by zdążyć coś zjeść. A były to dobre śniadania. Ustawione na stołach jako bufet potrawy powodowały, że wściekła godzina poranna przestawała dokuczać. Dzisiaj mieliśmy zacząć nasz dzień od spotkania w Multikinie w Gdańsku. Nie wiem czy to dobry pomysł. Ciemna sala kina i tylko kilka godzin snu poprzedniej nocy nie wrożyły nic dobrego. Wszyscy wiedzieliśmy, że gdzieś tam czaił się fotograf , który tylko czekał na zasypiających by zrobić im zdjęcie.

W przestrzennym holu kina napotkaliśmy stoiska Wystawy Gospodarczej WEKTORY ROZWOJU – POMORZE – EUROPA 2004. Nie wiedziałem przez chwilę czemu poczułem się jak w domu... i nagle wiem: to wystawy zrobione są jak Kanadzie czy w Stanach. Znowu uświadomienie sobie jak ogromną drogę przeszła Polska z czasów, które pamiętałem w 1987 roku do teraz. Polska obecnie równie nowoczesna jak kraje, które komunizmu nie zaznały. Nawet jeśli widzę tylko prezentację to jest ona zrobiona na miare XXI wieku. Wystawę otworzył oficjalnie nasz dobry Duch i sprawca Forum dyr. Stanisław Lis. Były flesze i telewizja i wywiady. Na stoiskach prezentowały się miasta i regiony wjewództwa pomorskiego. Wrócę  do tego innym razem bo może warto jadąc do Polski z wizytą poznać miejsca, których się jeszcze nie widziało, a nie tylko do rodzinnego stołu. Potem narzekamy, że w Polsce się nic nie zmieniło, gdy wszystko co widzieliśmy to stare podwórko rodzinnego domu z okien kuchni. Ja miałem to szczęście, że kiedyś w ramach pracy widziałem całą Polskę i jechałem każdą drogą. Jest piekna i warto ją poznać. Nawet jeśli się tam mieszkało 30 i więcej lat, często nasza znajomość kraju ogranicza się do rodzinnego miasta i kilku innych miejsc. Najbardziej rzuciło mi się w oczy stoisko Ustki. Ze zrozumiałych względów. Urodziłem się w Słupsku i Ustka zawsze mi się kojarzy z dziecińswem i radością. Wystawa została zorganizowana specjalnie dla nas. Abyśmy pisali o nich i promowali te miasta i rejony wśród naszych rodaków za granicą. Uważam, że warto i będę to robił szczerze. To piękne miejsca warte zobaczenia i poznania. To nasza historia. O histori było też  miedzy innymi na sali kinowej. Ale zaczęło się od wystąpień na temat Polska w UE i co dalej. Głos zabierali dyr. Stanisław Lis, minister Tadeusz Kozek z Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej, prof. Edmund Wittbrodt, senator, b. min. oświaty i rektor Politechniki Gdańskiej oraz red. Zbigniew Święch, którego wystąpienie na temat histori Polski na Pomorzu przykuło taką uwagę, że zupełnie zapomniałem o zbyt krótkiej nocy i szansa na dospanie w ciemnej Sali kinowej przepadła bezpowrotnie. Było to naprawdę udane spotkanie. Po krotkiej przerwie na kawę ruszyliśmy w dalszą drogę, do katedry oliwskiej by wysłuchać organów i biskupa. Organy były piękne, muzyka też, biskup nie wiem bo nie widziałem, ale wiem, że był i ci którzy narzekali, że za mało byliśmy w kościołach mogli sobie to wyrównać. Ja wyszedłem na słoneczną przestrzeń przed Katedrą i tam zobaczyłem coś co mnie zainteresowało. Przy ulicy stała spora grupa młodzierzy z transparentami „WITAMY POLONIĘ”. Z boku za drzewami stała orkiestra dęta i dziewczyny w kusych spódniczkach i z pałeczkami. Zastanawiałem się kto ma tu jeszcze przyjechać. Sprawdziłem program. Tego tam nie było więc to nie dla nas. Pewnie przyjadą jakieś autokary ze staruszkami. Podszedłem jednak zrobić zdjęcia. Otoczyła mnie młodzież licealna. Każdy chciał być na zdjęciu. Pytali czy będą w gazecie w Kanadzie. Obiecałem, że tak. Dziewczyny na zdjęciu to: Weronika Kamińska, Marta Marchlewska, Monika Witkowska, Aleksandra Lapko Byli śmiali i otwarci i weseli. Nie zapytałem na kogo czekają i całe szczęscie.

 Gdy uczestnicy Forum zaczęli wychodzić z Katedry zauważyłem poruszenie wśród organizatorów. Widać było od razu że zdarzyło się coś nieprzewidzianego. Ta młodzież czekała na nas. Uświadomiłem sobie, że to ja należe do tej  Poloni, która przyjeżdża po latach do kraju. Że to mnie właśnie wita ta młodzież. Jestem dużym dorosłym facetem, który sporo widział ale musiałem w tym momencie założyć ciemne okulary. Całe szczęście, że miałem je ze sobą. Zauważyłem, że zrobili to i inni gdy dotarło do nich, że to na nas czekają, gdy ruszylismy na prośbę tej młodzieży wraz z nimi w pochodzie a właściwie paradzie z orkiestrą dętą, po ulicach nagle zamkniętych dla ruchu przez ochraniającą nas przez cały okres pobytu w Trojmieście policję. Dotarliśmy tak do dziedzińca 700 letniego Domu Zarazy, gdzie chlebem i solą przywitała nas pani – dyrektorka Liceum. Potem jeszcze wspólne zdjęcie i szybki powrót do autokarów, które podjechały kawałek by oszczędzić nam drogi. Najbardziej chyba wyraziła nasze uczcia Agnieszka Buda-Rodriquez, która pytała samą siebie czym sobie na takie przywitanie zasłużyła. Teraz pojechaliśmy na słynne sopockie molo. Najdłuższe w Europie drewniane molo. Pogoda była jak wymarzona. Słońce, ciepło. To był wspaniały spacer. Nie będę się teraz rozwodził, o molo jeszcze napiszę. Były oczywiście zdjęcia i razem i indywidualnie i z dziewczyną. Sceneria jak ... nad morzem. Cdn.

(piątego dnia dokończenie)

 

 Co można opowiedzieć o spacerze po sopockim Molo? Pogoda była fantastyczna. Ciepło, słońce, lekka bryza i zapach morza. Gdy to piszę to jak bym znowu tam był. Na końcu molo przycumowany statek piracki z przed wieków. Jak prawdziwy i pływający. Widziałem go porzedniego dnia w Gdańsku. Na burcie nazwa portu - Ustka. Na pokładzie piraci i turyści robiący sobie zdjęcia. Ten spacer to było dokładnie to czego było nam potrzeba. Telewizja wykorzystała to do wywiadów, my do fotografi. Patrzyłem z oddali na Grand Hotel przypominając sobie wszystkie historie które o nim czytałem, łacznie z książką Joanny Chmielewskiej. Następny punkt programu to lunch a właściwie polski obiad bo godzina była już 14:45 w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie, która wygodnie mieściła się przy wejściu na Molo. Obiad był trochę taki jak z baru mlecznego, ale być może bylismy już rozpieszczeni. Zanim zeszliśmy na dół do Galerii udało mi się kupić szklankę piwa w barze obok. Udało się, bo pani nie sprzedawała nic następnej w kolejce osobie dopóki tej poprzedzającej nie usmażyły się zmówione  ryby i trwało to długo. W końcu jednak wzmocniony bursztynowym napojem udałem sie do Galerii. Tam czekały na nas obrazki, stoły i krzesła w marynarkach. Autorem który prezentował swoje dzieła był Mariusz Kruk. Celowo napisałem - obrazki. Tak to wyglądało. Najlepiej chyba odała to Kaja Cyganik w Wiciach Polonijnych:

 „O gustach oczywiście się nie dyskutuje, ale dla mnie smak obrazów Kruka przypominał smak podanego nam w Galerii obiadu, tak samo jałowy i mało intrygujący. Malarstwo to mogłabym określić jako naiwne, z pogranicza dziecięcych snów i lekcji rysunków w zerówce – nasycone barwy, brak dbałości o formę, treść niezrozumiała przez prostotę i zbytnią dosłowność, zbyt płytka by szukać wieloznaczności. Ta właśnie sztuka współczesna, której nie lubie, która niczego nie chce mi powiedzieć.”

 Też tak uważam. Zacytowałem Kaję i z tego względu by pokazać, że wiek nie gra roli w ocenie sztuki. Ja mam lat 50, Kaja 24. Oboje mamy takie samo zdanie o sztuce prezentowanej nam przez pana Kruka. No, ale poczęstowano nas winem więc nie było to do końca złe. Z Galerii ruszyliśmy autokarami w objazd Sopotu ale się zgubiliśmy. Wycofać autokary w ciasnych uliczkach nie było łatwo. Kierowca naszego autokaru, który zaczą być nazywany przez innych uczestników kanadyjskim był rewelacyjny. Już porzedniego dnia udowodnił swój kunszt zawracając „na trzy” na wąskiej ulicy Wrzeszcza, teraz znowu pokazał co potrafi wydobywając nas z sytuacji ulicznej praktycznie nie do rozwiązania. Nie mam jego nazwiska, ani zdjęcia, a szkoda. Dotarliśmy jednak do Opery Leśnej. Nigdy tu nie byłem, ale oczywiście wiele słyszałem, jak każdy z nas. Festiwal w Sopocie to było zawsze wydarzenie na skalę nie tylko krajową. Moje najbliższe zetkniecie z Operą do tej pory, to była opowieść mojej siostry z czasów liceum gdy uciekła z rodzinnych wczasów w Ustce autostopem i przez płot dostała sie na widownię zdobywając nawet jakieś autografy. To dawne dzieje ale wróciły jak żywe. Po Operze Leśnej pojechaliśmy do Urzędu Miasta Sopotu gdzie mieliśmy spotkanie z prezydentem miasta Janem Kanowskim. Mozna było tylko podziwiać jak zarządzał tym miastem. Młody z energią i właściwym podejściem rozwinął miasto i wprowadził je w nowy czas. Na tym spotkaniu miał miejsce miły przypadek. Jeden z naszych starszych uczestników zgubił w Operze Leśnej aparat fotograficzny. Prezydent miasta osobiście ogłosił przez mikrofon, że aparat się odnalazł i co było niezwykłe, sam po ten aparat pojechał. Prezentację multimedialną miasta bardzo profesjonalną i ciekawą przedstawił wice- prezydent Sopotu, Wojciech Fułek. Byłi też sponsorzy naszego pobytu w Sopocie- firma kosmetyczna Ziaja, od której dostaliśmy małe upominki i dowiedzieliśmy się, że jest to firma rodzinna popularna w wielu krajach a rewelacją jest podobno krem oliwkowy. Opowiadała nam o tym pani Joanna Kowalczuk, kierownik działu markietingu firmy. Po spotkaniu w Ratuszu pojechaliśmy do zrekontruowanego niedawno średniowiecznego grodziska. Niby w mieście ale szło się tam pod górę przez las i wydawało się jak by cywilizacja została z tyłu. Z boku ścieżki na wzgórzu pojawiła się palisada. Dochodząc do bramy grodziska usłyszałem głębokie dudnienie bębna. W samej bramie stało dwóch wojów w średniowiecznych strojach i z orężem. W środku czas się cofnął o wiele wieków. Było to niesamowite. Ten gród żył. Ubrani w stroje z epoki „mieszkańcy” zajmowali się codziennymi czynnościami z tamtej epoki. Nawet kowal kuł prawdziwe podkowy. Kolacja w takim otoczeniu, zwłaszcza gdy zapadł już zmrok i blask ogniska i pochodni oświetlał nas a księżyc dodawał tajemniczości, była niezapomnianym przeżyciem. Na zakończenie odegrano scenę napaści na gród. To było wspaniałe. I prawdziwe. Gdy już uratowano niewiasty od gwałtu, a wszyscy zginęli prócz biskupa który ich nieżywych nawrócił na jedynie słuszną wiare, ciemną nocą ruszyliśmy przez las do czekających autokarów i tak zakończył się ten długi dzień, w którym tyle się wydarzyło, że musiałem go podzielić na pół. Jurek Skrobot znowu umawiał się ze mną na wiskey i znowu go nie było w pokoju, chociaż było już ok. północy. Gdzie on chodzi? Na pewno nie było go na dyskotece bo ja tam byłem.

(dzień szósty)

Na ten dzień czekali wszyscy, a kto nie to mu współczuję. Lech Wałęsa, czy to się komuś podoba czy nie, jest legendą i chyba najbardziej znanym Polakiem na świecie. Wielu naszych rodaków nie szanuje żyjących bohaterów. Dopiero po śmierci stawiamy im pomniki i pamiętamy przez wieki. Przypuszczam, że w dużej mierze wynika to z paskudnej cechy tzw. bezinteresownej zawiści, ale o tym już kiedyś pisałem. Mimo, że Polskę opuściłem w 1987 roku, słynną bramę Stoczni zobaczyłem po raz pierwszy. Pomnik, trzy wysokie krzyże widziałem już kiedyś z oddali. Autokary wjechały na teren Stoczni. Było rano i powietrze rześkie. Przeszliśmy do budynku gdzie w 1981 roku odbywała się historia. Po drodze patrzyłem na wojskowego „Skota” zaparkowanego na zawsze na terenie stoczni jako memento. Spotkał nas tam Bogdan Lis, również legenda tamtych czasów. Wszedłem do muzeum Solidarności, oglądałem zdjęcia. To było dziwne uczucie oglądać historię czasów, w których się żyło. Weszliśmy do Sali BHP. Tu miał nas spotkać Lech Wałęsa. Mój dobry duch, Ela Wolska zajęła mi miejsce w pierwszym rzędzie. Nigdy przed tem nie widziałem Wałęsy na żywo. Prawdopodobnie nigdy już nie zobaczę, jak większość z nas emigrantów. Tym bardziej ta chwila miała znaczenie. Wałęsę pamiętałem z urywkowych migawek telewizyjnych, z poprzekręcanych często przez prasę wypowiedzi, z opowieści. Moja wyobrażnia pokazywała mi go jako prostego człowieka, troche niedopasowanego do godności do których doszedł. Zaskoczenie było kompletne. Pojawił się mąż stanu. Elegancko ubrany, swobodny. Mówił ze swadą, bystro i z dowcipem. Widać było, że ma swoje własne idee. Na pytania, których posypała się masa odpowiadał konkretnie i szybko. Jego syn notował je, on później odpowiadał. Nie opuścił żadnego, żadnego nie zlekceważył. Takim go zapamiętam. Wielkiego człowieka, którego stworzyła legenda i który do niej dorósł.

Ze Stoczni autokary zawiozły nas do Uniwersytetu Gdańskiego. Nowoczesny obiekt, w środku przestrzennie i czysto. Pokazano nam muzeum kryminalistyki (bardzo efektowne), sale wykładowe, gabinet rektora ze wspaniałymi zabytkowymi meblami i salę sądową, na której studenci prawa uczyli się prowadzenia rozpraw. Potem wszyscy usiedliśmy w wielkiej sali i słuchaliśmy Rektora Uniwersytetu, którym jest prof. Dr hab. Andrzej Ceynowa. Mówił o sukcesach pracowników naukowych Uniwersytetu, o nowym gmachu oceanologi, bibliotece, która ma pomieścić 1.6000.000 książek. Prorektor UG prof. Dr hab. Halina Piekarek-Jankowska mówiła o warunkach przyjmowania na uczelnie studentów zagranicznych. Okazuje się, że nawet nasze dzieci urodzone na obczyżnie mają prawo jako obywatele polscy studiować na UG za darmo. To może zainteresować wielu rodziców w Kanadzie.

Z UG pojechaliśmy wszyscy do Orłowa. Tam nasza ochrona przesiadła sie na konie bo na plaże samochodem nie dało sie wjechać. W dali widać było wysoki sławny cliff, na brzegu leżały łodzie rybackie i pachniała wędzona ryba. Okazało się, że ta ryba a właściwie cała masa pysznych fląder pachniały dla nas. Kilku rybaków wędziło je na miejscu i częstowało nas wszyskich do woli. Właśnie wędzone i smażone flądry najbardziej pamiętałem z przed lat z Ustki i wspomnienia znowu wróciły. Oni to chyba robili specjalnie. No i oczywiście orłowskie molo, chociaż krótsze od sopockiego i mniejsze to spacer po nim w pełnym wrześniowym słońcu sprawiał taką samą przyjemność. I znowu do autokarów i w drogę, tym razem na Kamienną Górę w Gdyni. Nieodgadnioną tajemnicą było dla mnie jak kierowcy mieścili się z naszymi autokarami na wąziutkich ulicach. One chyba się wyginały. Na szczycie Kamiennej Góry znowu w pełnym słońcu przywitał nas prezydent miasta Gdyni. W oddali widać już było białą trzymasztową fregatę i już się chciało tam iść. Jeszcze tylko w dół po ciasnych uliczkach i jesteśmy na nadbrzeżu gdzie przycumowane stoją ORP Błyskawica i żaglowce: Dar Pomorza i Dar Młodzieży. Naprzeciwko budynki Szkoły Morskiej. Idziemy do restauracji na obiad, wieje dość silny wiatr i niektórzy obawiają się co będzie na rejsie po zjedzeniu sutego obiadu i czy uda się go utrzymać w całości. Ja zjadam szybko i idę do hotelu, który znajduje sie raptem dziesięć minut na piechote  od restauracji. Od rana po raz pierwszy jestem w garniturze a nie jest to mój ulubiony strój. Muszę go zmienić a czasu jest mało... zaczyna padać.

 Na skwerze Kościuszki przy wejściu na nadbrzeże jest umieszczona tablica upamiętniająca tragedję nowojorską. Dzisiaj jest 11 września, 17:30.  Trzy lata temu o tej porze Świat się zatrzymał. W pokojowym mieście runęły wieżowce grzebiąc pod gruzami tysiące ludzi, którzy niczemu nie zawinili. Chore myśli fanatyków zgotowały ludziom ten los. Dziś składamy ofiarom hołd i kwiaty. Są amerykańscy marines, wojsko polskie, i my i cała masa innych ludzi. Od nas wieniec składają Stanisław Lis, Ilona Giżewska i Alina Kietrys. Brzmią werble, zapalają sie znicze, niebo płacze, wraca pamięć tamtego dnia... Cdn.

Nareszcie przyszedł ten moment gdy spacerowym krokiem ruszyliśmy wszyscy w stronę białej fregaty i jednego z najbardziej ekscytującego momentu naszego pobytu. To na ten rejs Dar Młodzierzy wrócił z dalekich mórz. Pierwszego dnia pobytu w Gdyni widziałem go daleko na redzie. Teraz stał przycumowany przy nadbrzeżu czekając na by zabrać nas w wymarzony rejs. Zapisy na rejs odbywały się parę dni wcześniej. Organizatorzy musieli wiedzieć ile osób będzie na pokładzie. Ci którzy stchórzyli, chociaż było ich niewielu zostali na lądzie. Wchodząc po trapie na pokład witała nas pokładowa warta, rozbrzmiewały gwizdki. Było już po osiemnastej. Trzeba wykorzystać pozostałe jeszcze światło dnia na zdjęcia. Starałem się znaleść najlepsze miejsce. Znalazłem je na pokładzie  nadbudówki na skrzydle mostku. Gdy wszyscy już byli na pokładzie do lewej burty podeszły holowniki, rzucono liny i fregata zaczęła się oddalać od nadbrzeża. Gdy poza główkami falochronu holowniki zabrały liny, zaczęto stawiać żagle. Marynarze ciągnęli liny zapraszając do tego również nas, szczurów lądowych. Biała fregata stała się jeszcze bielsza od postawionych płócien (chociaż w obecnych czasach używa się chyba innego materiału na żagle). Na głównym pokładzie zebraliśmy się wszyscy by wysłuchać powitania komendanta fregaty, kapitana Żeglugi Wielkiej Leszka Wiktorowicza. Jest równiez rektor Akademii Morskiej w Gdyni prof. dr hab. inż Józef Lisowski i Michał Dąbrowski, który przed latywymyślił program telewizyjny „Latający Holender” i który teraz oprowadza chętnych po całej fregacie. To wytrawny żeglarz i warto go posłuchać. Ok. 21:00 w ciemnościach zatoki rozświetlonej nagle zapalonymi reflektorami z pokładu opuszcza się trap i podchodzi do niego motorówka. Nie jest łatwo przesiąść się z łodzi na statek na pełnym morzu a jednak prezydenci miast: Gdańska – Paweł Adamowicz, Gdyni – Wojciech Szczurek i Sopotu – Jan Karnowski dokonują tego, dowodząc tym samym, że nie bez powodu są prezydentami nadmorskich miast. Rozpoczyna się wspaniała noc. Rozbrzmiewają szanty spiewane przez zaproszony zespół, dobre jedzenie, które niektórzy zaczęli na długo przed przywitaniem, dobre drinki i piwo, tańce i korowody. Ale również czas na zadumę i na spojrzenie w morze. Dalekie swiatła Trójmiasta, głęboka ciemność wyjścia z zatoki na morze, podświetlone maszty i żagle. I zaduma na dziobie fregaty, gdzie liny zwiniete i poukładane według odwiecznych reguł, gdzie jest pusto i cicho. I nagła tęsknota za niespełnionym marzeniem (po liceum miałem iść do Wyższej Szkoły Morskiej) i stające przed oczyma opowieści z książki „Znaczy kapitan” Karola O. Borchardta, tej biblii marynarzy. Jeszcze teraz, gdy stojąc nad brzegiem jeziora Ontario widze w dali pełnomorski statek, myśle jak by potoczyło się moje życie gdybym poszedł na morze. No ale dosyć refleksji, tam na środokręciu toczy się zabawa, ktoś prowadzi po całym pokładzie korowód tancerzy w rytm spiewanych szant. Nagle przez megafon oglaszają, że kapitan z Kanady proszony jest na mostek. Zaskoczenie, kto to może być. Wspinam sie po trapie by zobaczyć. I widzę. Jest przeuroczy, ma na głowie białą czapkę z daszkiem i napisem na otoku „KAPITAN” . Chyba nie ma drugiego tak uroczego kapitana. To Ilona Girzewska nasza koleżanka z torontońskiego Głosu Polskiego. W tym krótkim rejsie zakochała się w niej cała załoga. I cała załoga żegnała ją z żalem gdy opuszczaliśmy fregatę grubo po północy. Na zawsze zostanie w nas pamięć tego rejsu.  „Wrócicie do domu i w załamaniach kaptura znajdziecie morską sól... morze zawsze zostawia w duszach trwały ślad, szumi w nich jak w poskręcanych muszlach...” Tak napisała w „Wiciach” Kaja Cyganik, dziennikarka z Krakowa, dla której morze to wielka miłość zycia, a marzenie to długi rejs pod żaglami. Mam nadzieję, że kidyś je spełni. Która była godzina gdy dotarliśmy do hotelu nie wiem. Jurek Skrobot znowu zapraszał mnie na wiskey i znowu nie było go w pokoju. Tajemnica trwa. Na dyskotekę nikt tym razem nie poszedł. Rano jedziemy na Kaszuby..

(dzień siódmy)

Wstanie w niedzielę przed szóstą rano po powrocie z rejsu białą fregatą graniczyło z cudem, a jednak stawili się prawie wszyscy. Po jak zwykle wspaniałym śniadaniu, parę minut po siódmej zaczęliśmy zapełniać autokary. Czekała nas wyprawa na Kaszuby i w Bory Tucholskie. Jak zwykle towarzyszyła nam eskorta policyjna. Pierwszy przystanek w Będominie, gdzie mieści się Muzeum Hymnu Narodowego, gdzie urodził się, przeżył dzieciństwo, a później gospodarzył Józef Wybicki. Wszyscy znamy historię jak i gdzie powstał nasz Hymn i kto go stworzył. Zobaczenie oryginałów i eksponatów z epoki to zupełnie inne odczucie. Budzi się w sercu duma narodowa, poczucie przynależności, smutek, że nie mieszkamy na tej ziemi, do której szły polskie legiony przez połowę Europy, a z której my wyjechaliśmy najczęściej dobrowolnie. Pięknie odnowiony dwór, doskonale utrzymany park, rozległe pola i stare drzewa. Kawałek Polski jaki zawsze nosimy w sercu. Po zwiedzaniu stanęliśmy całą grupą przed dworem, z otwartego okna popłynęła muzyka i 150 ludzi zaśpiewało „Jeszcze Polska nie zginęła...” i rozniosło się to wśród pól i miało szczególne znaczenie, że śpiewali to ludzie z obcej ziemi, którzy z dala od ojczyzny podtrzymują polskie słowo i polską tradycję i nie było chyba oczu, w których w tym momencie nie pokazały się łzy...

Czas znowu przyspiesza. Już siedzimy w autokarach i jedziemy przez piękne Kaszuby. Na poboczach samochody. To grzybiarze, jest przecierz niedziela. Dojeżdżamy do miejscowości Wdzydze Kiszewskie, gdzie znajduje się skansen czy może raczej park etnograficzny. Założyli go w 1905 roku p. Teodora i Izydor Gulgowscy, zafascynowani kulturą kaszubską. Była to najpierw tylko jedna chalupa, z czasem przybywało ich więcej i teraz jest to piękne i rozległe miejce, ze szkołą, chatami, wiatrakiem i pięknym starym drewnianym kościółkiem, ciągle czynnym. Skansen to chyba najlepsza forma poznawania histori i kultury. Można ją nie tylko poznać i zobaczyć ale także dotknąć. W starej szkole usiadłem z Irenką Dowlaszewicz z Białorusi w jednej ławce i słuchaliśmy nauczycielki, która opowiadała nam o języku i próbie jego podtrzymywania. To była dobra lekcja i tylko wyjść z ławki było trudno, bo była przecież dla dzieci i już myślałem, że będę musiał pójść razem z nią nie mogąc się wydostać. Jeśli będziecie kiedyś na Kaszubach odwiedźcie ten skasen, naprawde warto.

A potem były Chojnice. Na granicy miasta eskortę przejeli policjanci na motorach. Ubrani w skórzane kombinezony wyglądali imponująco. Jechali na pełnych światłach, eskoruąc nas do centrum. Jak na zawołanie zrobiła sie piękna słoneczna pogoda. Miasto wrecz niesamowicie czyste. Nawet w Szwajcari nie widziałem aż takiej czystości. Oni chyba nawet pastowali chodniki. Wysypaliśmy się z autokarów i ruszyliśmy na starówkę, a tu ze Starego Miasta przez bramę idzie komitet powitalny. Władze miasta, mieszkańcy, zespół taneczny w kolorowych kaszubskich strojach ludowych. Tak chlebem i solą witały nas Chojnice. Parę dni temu do Eli Wolskiej podeszła na ulicy w Toronto kobieta i powiedziała „ja panią znam z Chojnic...” Zaskoczona Ela zapytała jak to możliwe? Okazało sie, że Chojnice mają swoją strone internetową i tam miedzy innymi są zdjęcia z naszego pobytu .Wystarczy na Yahoo wystukać „Chojnice”,  potem kliknąć na „Forum Mediów Polonijnych”.

Na rynku, po krótkim przemówieniu zaczeły się tańce zespołu ludowego, a potem zespół poprosił do tańca nas i niektórzy sobie całkiem nieźle radzili. Spotkanie w Ratuszu z burmistrzem miasta i pokaz multimedialny przekonało nas, że Chojnice to również nowoczesność i XXI wiek. O Chojnicach jeszcze napiszę a teraz w dalszą drogę, tym razem niedaleko, na dożynki..

 

W Chojnicach rozdzieliśmy się. Kto miał ochote mógł pojechać zwiedzić ośrodek, a właściwie prywatną Klinikę Zdrowia i Urody w Krajantach:

Pierwsza w rankingu szpitali prywatnych tygodnika "Wprost" EKSKLUZYWNA PRYWATNA KLINIKA REHABILITACYJNA ( leczą od 1990 r. ) leżąca w otulinie Parku Narodowego BORY TUCHOLSKIE
Już od 12 lat jako nieliczni w Europie specjalizują się w nieoperacyjnym leczeniu "wypadniętych dysków" zarówno w szyjnym jak i lędźwiowo-krzyżowym odcinku kręgosłupa. Już po 3-4 tygodniach można wrócić do pracy i do życia bez bólu.
Drugą specjalnością jest leczenie silnych bólów głowy w tym migrenowych. Blisko 85% pacjentek, bo chorują głównie kobiety, pozbywa się tej okropnej przypadłości. Naszym głównym przesłaniem jest to aby w atmosferze przełomu XIX i XX wieku jeśli chodzi o wnętrza i rezerwacie biosfery jeśli chodzi o klimat w rękach profesjonalistów szybko dojść do zdrowia! Hasło KROJANTY... I BÓL Z GŁOWY sprawdza się w większości nawet najtrudniejszych przypadków. Podczas badania wstępnego lekarz specjalista przepisze Państwu odpowiednią do schorzenia terapię z uwzględnieniem dolegliwości dodatkowych: wieku, kondycji ogólnej". Zapewniają całodobową opiekę lekarsko-pielęgniarską dodatkowy program wypoczynkowo-rekreacyjny oraz serdeczną rodzinną atmosferę. (Kontakt: 48 52 398-5656)

 Moja ostatnia Exia cierpiała na migrenę i może ta klinika by jej pomogła, no ale teraz niech się już martwi tym ktoś inny. W każdym bądź razie polecam klinikę paniom z bólem głowy i panom z bolącym kręgosłupem.

Ponieważ jednak jestem wręcz nieprzyzwoicie zdrowy i czasem nawet zastanawiam się czy żyję bo jestem dobrze po czterdziestce, nie pojechałem na zwiedzanie kliniki tylko z drugą grupą na dożynki. Była to już końcówka imprezy dożynkowej i część mieszkańców Rytla gdzie się to odbywało próbowała wyjechać z terenu imprezy, gdy nadjechały nasze autobusy. W jaki sposób udało się policji wprowadzić dwa wielkie autokary w wąziutkie uliczki terenu dożynek przy praktycznie zakorkowanym ruchu pozostanie tajemnicą mimo, że siedziałem z przodu. Wiele stoisk było jeszcze otwartych i można było sobie zakupić różne ludowe wyroby no i napić sie piwa. Oczywiście skorzystałem z tego ostatniego. Kupując dużą szklanke piwa za 3 złote usłyszałem z boku narzekanie jakiegoś pana, że to drogo, że pensje marne i na nic nie starcza. Po kilku pytaniach okazało sie, że pan zarabia nieźle, ma kort tenisowy, który wynajmuje i wraz z żoną zarabiają ok. 3.5 - 4 tys. miesięcznie. Hm...

Po dożynkach pojechaliśmy w serce Borów Tucholskich do Parku Narodowego na nasz ostatni wieczór integracyjny. Tym razem głodni byliśmy strasznie i nie mogliśmy się doczekać na pieczone smażone i gotowane golonki kiełbasy i kapusty przyrządzane pod gołym niebem. Ależ to smakowało po całodziennym przegłodzeniu. A potem było ognisko i tańce zespołu kaszubskiego który nas witał w Chojnicach i najlepiej tańczyła z nimi Kaja Cyganik, która jak się okazało też kiedyś tańczyła w zespole. A potem było przyznawanie dyplomów Fioletowego Kleksa i nie powiem Wam co to jest ani dlaczego ja dostałem go za „porzucenie polowania na niedźwiedzie na rzecz polowania na Forum”, bo muszą pozostać jakieś tajemnice i miejsce na domysły. I smutno się też zrobiło, że to już koniec i tylu nowych przyjacół rozjedzie się w różne strony świata i spotkają się dopiero za rok.

I znowu powrót do Gdyni, ciemną nocą i znowu Jurek Skrobot zapraszał mnie na wiskey i znowu go nie było w pokoju o dwunastej w nocy. Tajemnica jego nocnego pobytu musi poczekać do następnego roku. Może wtedy wreszcie go upiję i wyciągnę informację gdzie chodzi po nocy. Byłem już nawet w Chicago i pytałem o niego w Dzienniku Związkowym, ale okazało sie że jeszcze z Polski nie wrócił, wiec pewnie ciągle gdzieś go w nocy nie ma. Wiskey czeka.

(dzien ósmy)

Następnego dnia rano ostatni wyjazd do gdańskiego Ratusza Staromiejskiego na spotkanie z Marszałkiem Senatu i senatorami z Komisji Emigracji i Polaków za Granicą. Spotkanie to dotyczyło sytuacji środowisk polonijnych i polskich w krajach osiedlenia i pozyskiwania Polonii i Polaków za granicą do wspierania polskich interesów narodowych. Zawsze to robiliśmy. Gdyby nie Polonia i polonijni dziennikarze prawdopodobnie wszystkich Polaków postrzegano by jako komunistów w czasach PRL. To nasze poczucie przynależności narodowej, dbanie o język, kulturę i tradycję, wychowanie dzieci i posyłanie ich do polskich szkół, stwarzanie polskich organizacji, klubów, biznesów powoduje, że Polska istnieje nie tylko w Europie. Nawet jeżeli kłócimy się między sobą, a niektórzy dla swoich własnych interesów posuwają się do intryg i zwyczajnych świństw, ciągając się po sądach walcząc o swoje śmieszne malutkie światy władzy to i tak nie zmienia to faktu, że stanowimy tu Polskę w naszych sercach i że z naszym głosem liczą się często politycy w krajach, w których mieszkamy. W moim mieście Mississauga w Ontario 1/5 populacji to Polacy. To są dane kanadyjskie. Pracowałem wystarczająco często w biurach wyborczych by to wiedzieć. 1/5 z 624 tys. to duża siła. I wcale nie jest z nami tak źle jak twierdzą niektórzy. Pomagamy sobie częściej niż zdajemy sobie z tego sprawę. Kiedyś, gdy pracowałem w jednym z torontońskich szpitali miałem współpracownika, Żyda. Był to czas gdy właśnie oddano do użytku Centrum im. Maksymiliana Kolbe w Mississauga. Ten człowiek przeczytał o tym w gazecie i powiedział do mnie: „...wiesz, wy Polacy to tak potraficie pomagać sobie i trzymać sie razem, a Żyd Żyda to by w łyżce wody utopił...”. Zapamiętałem to sobie dobrze. Tak nas widzą z zewnątrz. Mimo niesnasek, kłótni i warcholstwa jednostek, Polacy w swojej większości nie pozwalają zepsuć sobie opinii. A Polskę postrzega się też przez nas Polonusów i to najwyrażniej zostało dostrzeżone w kraju. Świadczy o tym to jak nas przyjęto. Potraktowano nas poważnie i z oczekiwaniami. Już nie jako dobrych wujków z Ameryki z dolarami ale jako ambasadorów polskiej myśli, wiary i idei, Polski. To jest kraj z którego się wywodzimy, obojętne z którego pokolenia. Szanujmy go i mówiąc do obcych, mówmy o nim dobrze. W rodzinie często są kłótnie i niesnaski, ale rodzina zawsze stoi razem i na zewnątrz pokazuje się z najlepszej strony. Wytykajmy sobie wady, błędy i zło, które często czynimy, ale przed innymi pokazujmy to co dobre. W nabrzydszej, grubej i tłustej kobiecie można zawsze znaleść coś ładnego, chociażby oczy, czy  uśmiech i jej o tym powiedzieć. To sprawia przyjemność. Przestańmy się tak strasznie frustrować tym co złe, a zacznijmy szukać to co dobre. Zawsze jest, nawet jeśli ukryte lub przywalone złością. XII FORUM POLONIJNE skończyło sie. Było to moje pierwsze. Pewnie nie ostatnie. Zabrałem z Polski poczucie dumy i wiary w nas. Przyjemność bycia kimś, odpowiedzialność, poznanie. Uświadomienie sobie jak wielu jest na świecie Polaków, którzy niosą polskie słowo. Jak wielu robi to dlatego, że tak czują a nie dlatego że mają w tym biznes. A nawet jeżeli mają to też pozostawiają dobry ślad. STANISŁAW LIS, JOLANTA SAJDAK, MAŁGORZATA KWIEK to trzy osoby, które zawsze będą mi się kojarzyć ze wspaniałą organizacją, zaangażowaniem i oddaniem. Film „Aniołki Charliego” już na zawsze będzie mi przypominać Staszka z jego wspaniałą czupryną Ensteina i dwie dziewczyny, które powodowały , że rzeczy się stawały „no matter what”. To trójka, która spowodowała, że Polonia całego świata może spotkać się razem w osobach tych, którzy jej głos przelewają na papier lub na antenę. Australia, Ameryka, Afryka, Azja, Europa. Z tych miejsc dotarliśmy w jedno małe miejsce na ziemi – TARNÓW. Tutaj najbardziej mogliśmy sobie uświadomić, że to co robimy ma sens. Tu poznałem wielu nowych przyjaciół, z którymi trzymam kontakt, tu sprawdziła się stara przyjaźń, Elu, dziękuję. Tu zobaczyłem i poznałem ludzi, którym ZALEŻY na dobrym. Mimo że dalej mieszkam w Kanadzie i kocham ten nowy kraj, wróciłem do POLSKI.

 

Marek Mańkowski

(opublikowane w „Dzienniku ITP”)

 

 

   

Marek Mańkowski

Goniec

Nowy dziennik
(Nowy York)

 Gazety: Goniec , Nowy dziennik (Nowy York)
©Marek Mańkowski