Wprowadzenie
Biografia
Najnowsze Artykuły
Albumy
Archiwum
Polecam
Kontakt
 

Wyprawa do Algonquin Park

Kiedy z Polski przyjeżdżają goście rzadko kiedy pokazujemy im to co Kanada ma najcenniejsze do zobaczenia – dziką nature. Inaczej było w przypadku przyjaciół Tomka Piwowarka z Radia 7. Nie był to pierwszy wyjazd Tomka w dzikie ostępy więc zorganizowanie wyprawy nie było dla niego nowością. Umówieni byliśmy na wschodnim krańcu H-wy 518 odchodzącej od H-wy 11 ok 30 km na północ od Huntsville. Byłem spóźniony 15 min gdy tam dotarłem i czekano z niecierpliwością bo tego dnia mieliśmy pokonać trzy przeprawy. Ledwo więc zdążyłem przerzucić swój sprzęt do jednego z ich samochodów (nie miałem pozwolenia na parkowanie przy przeprawie) wyruszyliśmy tak, że kamienie szutrowej drogi strzelały po podwoziu. Do punktu gdzie miały czekać na nas wynajęte kajaki i canoe było ok 20 km. Dotarliśmy tam szybko – sprzętu pływającego nie było.

 Wprawa liczyła 8 osób:

Tomek Piwowarek

Ula i jej syn Tomek - lat 18

Goście z Polski – Szymon Piotrowski

                             Małgosia – jego żona

                             Balbina – córka lat 14

                             Mateusz – syn lat 18

Ósmy byłem ja.

Czekaliśmy szukając po krzakach naszych łodzi – 3 canoe i 2 kajaki - bez skutku.

Szymon zapalony wędkarz łowił ryby, dziewczyny jadły maliny rozglądając sie w strachu za niedźwiedziem, Tomasz sie denerwował bo godzina robiła się późna a wiosłowania i przenoszenia dużo.

 W pewnym momencie dojrzałem w dali – ok 100 m pięknego łosia. Ogromne łopaty unosiły się i opadały w miarę jak sięgał po kolejne wodorosty. Trwało to trochę czasu, w pewnym momencie jedna z dziewcząt z Polski spytała o łosie. Słyszała , że można je tu zobaczyć..., dołączyła się jej mama i ojciec, wszyscy chcieli zobaczyć nagle łosia i patrzyli na mnie jak bym miał go dostarczyć. No cóż, powiedziałem , skoro tak chcecie to tam stoi... Oniemieli ze zdumienia, ja też, nie mogłem uwierzyć , że go nie widzieli zanim im pokazałem gdzie patrzeć. Zajęło to naszą uwagę na jakiś czas a potem przyjechały canoe i kajaki. Okazało sie, że chłopak, który je dostarczał miał wypadek – zderzył sie z Vanem. Łodzie wyszły z tego cało, on też, samochód – nie bardzo. Mieliśmy więc już czym płynąć ale za późno. Rozbiliśmy namioty i poszliśmy spać.

Rano pakowanie sprzętu. Kajak, który wymyślił dla mnie Tomek był zdecydowanie za mały – nie mieściły się moje nogi nie mówiąc o plecaku. Udało mi się jednak zamienić z 18 letnim Mateuszem. Ja miałem płynąc z jego mamą na canoe tak, że wszystko zagrało.

Tego dnia mieliśmy zrobić 4 „przenoski” (przenoszenie sprzętu i łodzi po lądzie). Dwie były po 400 m i dwie po 800 m. Jak sobie dodacie, że trzeba było kursować dwa trzy razy by wszystko przenieść to całkiem spory marsz. Prawdę powiedziawszy przy ostatniej przenosce zastanawialiśmy się po co nam właściwie canoe do chodzenia wiec dwa zostawiliśmy co było niezłym pomysłem.

Ponieważ Bóg nas lubił wiec deszcz zaczął lać dopiero na ostatniej przenosce a potem przestał na troszeczkę, tyle że zdążyliśmy rozstawić namioty i rozpalić ogień (tak, tak, można to zrobić nawet gdy leje). Potem padało i przestawało na przemian. W nocy odwiedził nas miś ale ponieważ nikt nie miał czekoladki w namiocie a jedzenie zawieszone było wysoko na drzewie 50 m od obozu więc poszedł sobie zostawiając tylko ślad łapy na brzegu.

Rano większość poszła na ryby do następnego jeziora bo w tym nie było, a ja mogłem sobie poczytać i pokontemplować w ciszy. Potem wszyscy wrócili z tamtego jeziora w którym też nie było ryb. Tak przynajmniej twierdził Szymon. Małgosia chciała koniecznie pójść na grzyby, które zobaczyła wracając z ryb ale bała się misia więc poszedłem z nią jako eskorta. Deszcz znowu zaczął lać i nawet grzmiało. Przez rzekę przeprawialiśmy sie na kolanach po zwalonych mokrych i śliskich pniach.

Grzyby były ale zgubiłem okulary (chyba na przeprawie po pniach) i przez resztę wyprawy mogłem już tylko kontemplować – bez czytania. Były to drogie grzyby (okulary za 300 $) ale za to smaczne uduszone przez Małgosię. Na drugi dzień nie padało, spakowaliśmy się i ruszyliśmy z powrotem. Przez wszystkie przenoski prócz ostatniej, bo tę noc mieliśmy spędzić nad jeziorem, w którym na pewno miały być ryby. Na jednej z przepraw udało mi się zauważyć dużego czarnego misia jakieś 50 m od ścieżki, którą szedłem z młodszym  Tomkiem. Zanim zdążyłem mu przekazać lornetkę miś odszedł lekceważąc nas zupełnie.

Ostatnia noc była bez deszczu ale za to z nocną wyprawą na canoe i pozostawieniu dzieci w obozie, żeby sie troche bały. Udało się i nawet nie trzeba było robić nowych. Dały sobie świetnie radę. W tym jeziorze też nie było ryb ale były pijawki, które udało sie złowić młodzieży i przyglądać się im w garnku. Rano ostatnie resztki jedzenia poszły do żołądków jak najlepsze frykasy i dużo lżejsi , ok południa wyruszyliśmy z powrotem, mając przed sobą już tylko jedną przenoskę. Dotarliśmy bez przeszkód , samochody stały gdzie je zostawiliśmy, mój Jeep też. Wyprawa była super. Każdemu takiej życzę, a ludzie wspaniali. Bez narzekań na niewygody, zadowoleni i weseli. Ja też chyba byłem grzeczny bo na koniec dostałem loda. Była to wspaniała przygoda.

                                                                             Marek Mańkowski

 

 
   

Marek Mańkowski

 Gazety: Goniec , Nowy dziennik (Nowy York)
©Marek Mańkowski