Wprowadzenie
Biografia
Najnowsze Artykuły
Albumy
Archiwum
Polecam
Kontakt
 

W POPRZEK KANADY cz. I

 

Ogromna cześć projektu telekomunikacyjnego opartego na światłowodach o czym pisałem na wstępie była realizowana w Mississauga. M.in. wszystkie betonowe moduły były konstruowane i uzbrajane na wielkim placu w okolicy Mattheson i Dixi. Jeździłem tam często zakładając na ścianach modułów metalowe skrzynki na nasze urządzenia kontrolne i komputer stacyjny. Tak przygotowane betonowe moduły były transportowane najpierw naczepami na stacje kolejową a potem koleją na miejsce, gdzie czekały przygotowane fundamenty, czyli betonowe kolumny, które jak góry lodowe ukazywały na powierzchni zaledwie dziesiątą część swojej wysokości.  Pierwsza trasa, którą mogliśmy rozpocząć to długi etap od Thunder Bay do Edmonton. Samochód terenowy Ford Explorer nie pomieścił by wszystkiego co nam było potrzebne, więc zabraliśmy w drogę z Toronto tylko część potrzebną do Winnipeg  w Manitobie. Tam w biurze Fedex mieliśmy odebrać resztę. Wjazd planowaliśmy na ok 2 tygodnie. Z firmy mieliśmy kartę kredytową, benzynową i otwarte konta w hotelach sieci Comfort Inn. Na papierze wszystko wyglądało super. Parę dni przed wyjazdem nagle nastąpił zgrzyt. Nasz programista Valery, który miał jechać ze mną nagle się dowiedział, że trasa na północy Ontario to nie same autostrady, hotele i cywilizacja. Valery był w Kanadzie od roku. Nigdy nie wyjeżdżał poza Toronto, w Rosji mieszkał w Moskwie i las widział tylko z okien samochodu lub pociągu. Ktoś mu uświadomił co może nas czekać na Północy i Walery chciał zrezygnować. Powiedział, że ma żonę, dzieci i nigdzie nie jedzie bo go wilki zjedzą. Próbowałem go przekonać ze przecież biorę ze sobą karabin i to raczej wilki powinny się bać ale to spowodowało wręcz panikę w jego oczach i całkiem się zaciął. Już wydawało sie, że będę jechał sam gdy wrócił nasz boss Wray Gibson. Gdy usłyszał co się dzieje wziął Walerego na rozmowę w cztery oczy i nie wiem co mu powiedział ale Walery na wyjazd się zgodził. Był to najbardziej smutnie i rozpaczliwie wyglądający Rosjanin jakiego widziałem w życiu. Wieczorem zadzwoniła do mnie jego żona z zaproszeniem na kolację następnego dnia. Pojechałem oczywiście. Było dobre jedzenie i trochę alkoholu i troje dzieci i prawdziwa rosyjska kobieta, no i oczywiście Walery. Małżonka Walerego na koniec przyjęcia wymusiła na mnie obietnicę, że przywiozę jej męża całego i zdrowego z powrotem i że nie pozwolę mu prowadzić samochodu. Przyznam sie, że po tym jak raz Walery wiózł mnie służbowym autem przez Mississauga postanowiłem i tak, że nie dotknie kierownicy. To groziło śmiercią. Nie miałem z tym problemu. Uwielbiam prowadzić samochód. Uwierzycie lub nie ale odkąd skończyłem 16 lat i zrobiłem prawo jazdy przejechałem  dobrze ponad 2 miliony kilometrów z czego część w rajdach samochodowych w Polsce. Nie byłem oczywiście nigdy żadnym wielkim wyczynowcem i startowałem tylko w mistrzostwach okręgów ale nauczyło mnie to wiele. Potem biznes pomocy szkolnych które sprzedawaliśmy w Zbiorczych Szkołach Gminnych spowodował że w Polsce potrafiłem zrobić po 100 tys. km rocznie i to małym Fiatem 126p. Nie dziwcie się więc że taka wyprawa jaka się właśnie zapowiadała to było jak spełnione marzenie i do tego  jeszcze mieli mi za to płacić. Nie mogłem się doczekać wyjazdu by poczuć wreszcie prawdziwą przestrzeń i mieć świadomość ze droga sie nie kończy. To wszystko właśnie się spełniało.

Zmiana planów.  Jedziemy najpierw na wschód. Na zachodzie opóźnienia w montażu. Pierwszy wyjazd to jazda wzdłuż H-wy 401. Oshawa jeszcze nie gotowa. Pierwszy przystanek w Brighton, potem Kingston, Alexandria, Ottawa, Drommonville i Villeroy juz niedaleko Quebeck City. Długość 1009 km. Skąd tak dokładnie pamiętam? Pozostały mi notatki i dokładne sprawozdania z każdej podróży. I tak mogę dokładnie powiedzieć że 22 lutego 2000 roku o godz. 7:30 rano odebrałem terenowy Ford Explorer z wypożyczalni samochodów AVIS na Burnhampthorpe i Hurontario w Mississauga. Od 8:00 do 9:00 pakowanie samochodu w firmie, o 9:00 wyruszyliśmy w drogę. Pierwszy przystanek niedaleko, 180 km w Brighton. Autostrada 401 znana jest każdemu  mieszkańcowi Toronto. Problem to tylko wyjechać z miasta, potem już leci. O 11:00 przed południem byliśmy już w Brighton i braliśmy się z Walerym do roboty. Nie będę zanudzał szczegółami technicznymi, pewnie niewielu to interesuje ale o skali przedsięwzięcia niech świadczy fakt, że spędziliśmy tutaj czas do 21:30 zanim skończyliśmy. Oczywiście było już ciemno, ale ruszyliśmy w drogę do Kingston – 117 km. Tam czekał na nas hotel Comfort Inn gdzie mogliśmy wygodnie odpocząć.

Rano pobudka o 7. O 8:30 juz na miejscu podstacji bierzemy się do pracy. Jeden z systemów wykonawczych nie chce pracować, trzeba go wymienić. Kończymy o 17:30 i ruszamy do Alexandrii. To 223 km. Na miejscu jesteśmy późno, o 20:30. No ale część drogi to już nie autostrada. Alexandria znajduje się na drodze nr 34, w połowie drogi pomiędzy autostradą 401 i  417, która wiedzie z Ottawy do Montrealu. Nie jest łatwo odnaleść podstację. Pomaga to ,że wiemy iż musi znajdować się przy torach kolejowych. Tu wpada mi do głowy pomysł by sprawdzić czy główny inwestor i wykonawca nie ma danych lokalizacji na GPS. To bardzo ułatwiło by odnajdywanie miejsca. W Aleksanrii nie mamy dużo roboty. Część systemów była już założona wcześniej, tak że zajmuje nam tylko godzinę i o 21:30 już jesteśmy w drodze do Ottawy. To tylko 105 km. Jest noc, pusto. Już po godzinie meldujemy się w hotelu i spać

O 8 rano, po hotelowym śniadaniu jesteśmy na podstacji. Tu niespodzianka. Dostęp zamknięty, nie ma klucza. Po porozumieniu z biurem jedziemy dalej, wrócimy tu w powrotnej drodze. Straciliśmy jednak 2 godziny i z Ottawy wyjeżdżamy dopiero o 10:00. To 300 km jazdy, w tym przez Montreal co zawsze zajmuje czas. Do Drummondville dojeżdżamy o godz. 12:30  po południu. To niezły czas. Montreal nie był zbyt zapakowany korkami co było niespodzianką. Podstacja w Drummondville nie w pełni ukończona. Nie ma schodów do poszczególnych modułów i trzeba się wspinać dobre półtora metra. Budujemy sobie zaimprowizowaną rampę i jakoś idzie. Po przeciągnięciu wszystkich przewodów i zainstalowaniu wyposażenia okazuje się że Walery zapomniał zasilacza do laptopa z hotelu w Ottawa. Ładowanie komputera podstacji, czyli tzw „downloading” zajmuje godzinę 20 min. Bateria na pewno nie wystarczy. Jadę szukać sklepu. Na szczęście jeszcze otwarty, ale cena zasilacza to 150 dol. W ruch idzie karta kredytowa firmy, wracając oddamy zasilacz w sklepie, a w Ottawie odbierzemy stary z hotelu. Wracam, jest już ciemno. Walery stoi na zewnątrz na śniegu. Ma minę jak by go spotkały wszystkie nieszczęścia świata. Mam złe przeczucie, pytam co jest. Przeczucie się sprawdziło. Walery mówi, że zatrzasnął jedne z drzwi. Uff. Stalowe drzwi w betonowym module, który może rozwalić tylko bezpośrednie uderzenie bomby. Przy nie załadowanym komputerze stacyjnym nie ma możliwości by zatrzaśnięte drzwi  otworzyć. Byliśmy na to ciągle szczególnie uczulani. Do środka można się teraz dostać tylko z pomocą palnika acetylenowego. Znamy nawet koszt całej operacji: 2000 dol. Walery jest załamany ale mówi że to jeszcze nie wszystko. Zatrzasnął jeszcze drugie drzwi. „Walery” – mówię przez zęby – „czy wiesz, że właśnie straciłeś 4 tysiące dolarów”. „Wiem” – mówi z rozpaczą i już nie potrafię się na niego wściekać. Na dworze ciemno, mróz, śnieg i problem do rozwiązania...

Marek Mańkowski

 

 
   

Marek Mańkowski

 Gazety: Goniec , Nowy dziennik (Nowy York)
©Marek Mańkowski