Wprowadzenie
Biografia
Najnowsze Artykuły
Albumy
Archiwum
Polecam
Kontakt
 

Calgary, Toronto, Nowy York; co nas łączy...

 

 

To spotkanie było planowane od dawna. Takie małe „reunion” kilku Forumowiczów. Dla tych, co nie wiedzą wyjaśnię, że Forumowicze to uczestnicy Światowego Forum Mediów Polonijnych, które co roku we wrześniu odbywa się w Polsce od 14 już lat. Od kilku lat, na rozpoczęcie Forum występuje samorzutnie stworzony kabaret, wymyślony przez Janusza Szlechtę z Nowego Yorku i Tadeusza Urbańskiego ze Sztokholmu. Kabaret ma nazwę „dEFEKT” i stał się dużą atrakcją. Jednymi z występujących w kabarecie jest Grzegorz Heromiński i Ilona Girzewska z Toronto. Ilona również jest dziennikarką i redaktorem naczelnym magazynu „W Drodze” wydawanego w Toronto. Ale nie tylko. Jest także jedną z głównych atrakcji torontońskiego kabaretu „To i Owo”. Ten kabaret miał właśnie obchodzić 10 rocznicę istnienia i to stało się właśnie pretekstem do spotkania. Janusz Szlechta, redaktor Nowego Dziennika i Grzegorz  Heromiński z nowojorskiego Radia... mieli gościnnie wystąpić w jubileuszowym spektaklu, ja miałem ich wszystkich oglądać. No a potem miała się odbyć właściwa część „reunion” czyli spotkanie przy kominku u Ilony i uwolnienie jej od znacznych zapasów „wody życia”, klusek śląskich, grzybów, mięska różnego, czerwonej kapusty i podobno rewelacyjnych placków ziemniaczanych po węgiersku zrobionych przez Janusza. Plan był taki, że Janusz i Grzegorz przylatywali samolotem do Buffalo na granicy z Kanadą, ja przylatywałem samolotem z Calgary do Toronto i razem z Iloną mieliśmy pojechać samochodem do Buffalo, odebrać naszych amerykańskich gości. Plan był prosty i łatwy i jako taki oczywiście zupełnie nie wyszedł. Wdawało się, że nad „reunion” zawisło jakieś fatum. Najpierw wiadomość, że Grzegorz ma poważne kłopoty rodzinne a poza tym nie może odnaleźć swojego paszportu i chyba nie przyleci. Ale to był dopiero początek. Mój samolot odlatywał w piątek o 00:30 nad ranem. W Toronto miał być o 6 rano (dwie godziny różnicy czasu). Na lotnisku w Calgary byłem jak zwykle dwie godziny przed czasem, bo nie znoszę kolejek. Zdałem bagaż i ruszyłem do jedynej otwartej o tej porze restauracji. Piłem sobie piwko, czytałem książkę, a na 30 min przed odlotem udałem się do samolotu. I tu podając kartę pokładową security, dowiedziałem się, że mój samolot jest odwołany. Ruszyłem do stanowisk West Jet i tam baaardzo spokojnie pytam, co się dzieje. Okazało się, że w Toronto i Hamilton lotniska nie przyjmują ze względu na burzowe opady śniegu i oblodzenie. Czemu nie słychać było ogłoszenia? Bo w restauracji nie można założyć głośników... O rany! A gdzie siedzą przeważnie pasażerowie czekający na lot? W restauracji właśnie... Ale mój głos był ciągle baaardzo spokojny. Pytam, co teraz? Dano mi nr telefonu by zmienić rezerwację, bo na lotnisku nie mogą...hm. Dzwonię, ciągle spokojny... Czekam na zgłoszenie się kogoś, automat powiedział, że będzie to trwało 15 min. Moja cierpliwość jest wielka...Po pół godzinie usłyszałem przez głośniki, że pozostawiony bezpańsko bagaż będzie konfiskowany przez security. Zwiesiłem słuchawkę na kablu nie odkładając jej na widełki. Zszedłem piętro niżej. Samotna moja torba stała sobie na boku. Zabrałem ją i z powrotem na górę do telefonu. Biorę zwieszoną słuchawkę, nic się nie zmieniło. Dalej leci reklama jak wspaniałe są linie lotnicze West Jet. Już po 50 minutach miałem dość. Ruszyłem do stanowisk West Jet. Trochę przestraszony przedstawiciel linii usiłował mnie przekonać ze najbliższy lot do Toronto mogę mieć w poniedziałek. Moja mina chyba nie wróżyła nic dobrego, gdy baardzo spokojnie wyjaśniłem, że w poniedziałek to ja wracam z Toronto a nie lecę tam, że dzisiaj przylatują ludzie z Nowego Yorku, których mam spotkać w Buffalo i jeśli cokolwiek zależy komuś na reputacji linii i... to lepiej żebym tam poleciał dzisiaj. Pan ze stanowiska West Jet próbował mnie wysłać najpierw do Ottawy, najwyraźniej nie wiedząc ze z Ottawy do Toronto jest 500 km, potem w przypływie rozpaczy, gdy ujrzał moją „spokojną” minę próbował mnie wysłać do Buffalo, ale też się nie udało, wreszcie już zupełnie cichutko i „spokojnie„ poprosiłem o kierownika.  Facet z wyraźną ulgą przypiął się do radia wzywając pomocy szefa. Przyszło ich dwóch... Spojrzeli na moja minę i bez słowa przypięli się do komputerów. Po pięciu minutach znaleźli mi miejsce w samolocie w sobotę rano. Zgodziłem się. Po Janusza i Grzegorza Ilona będzie musiała jechać sama, nie zdążę się zobaczyć z Exiami, i znajomymi (mieszkałem tam 17 lat), ale zdążę jeszcze na jubileuszowy występ. Ale to nie koniec fatum. Samolot miał odlecieć o 7 rano. Wszystko było fajnie i już o 6:40 wszyscy byli w samolocie, stewardessy pokazały jak zapina się pasy i zakłada kamizelki ratunkowe (niezwykle potrzebne w locie nad preriami), pilot powiedział jak długo będziemy lecieć i że ruszamy o czasie, a będziemy na miejscu przed czasem, po czym trzy minuty przed siódmą ogłosił, że z nieznanych mu powodów wszyscy pasażerowie muszą opuścić samolot zabierając bagaż... fatum trwa. Następny samolot miał być podstawiony z a1.5 godziny do innej bramki. W między czasie słyszę przez megafony jak wzywa się pasażerów do Meksyku do bramki gdzie stał samolot, który właśnie opuściliśmy. Widocznie lot do Meksyku ważniejszy. W końcu o 8:50 lecimy. Do Hamilton zamiast do Toronto, ale to już nie ma znaczenia. Lotnisko w  Hamilton jest tylko 50 km od Mississauga gdzie mieszka Ilona. Na miejscu pierwszy wita mnie Janusz, którego ja miałem witać w Buffalo. Grzegorz nie przyleciał. Janusz miał swoje własne przygody. Gdy Ilona przyjechała na lotnisko do Buffalo, okazało się, że przyleciały tylko bagaże Janusza. On sam zadzwonił, że będzie następnym samolotem za 1.5 godz. Z nieznanych nikomu powodów nie dostał się na samolot, którym przyleciał jego bagaż. To było poprzedniego dnia. Teraz przyjechali po mnie oboje z Iloną. Wysiedli na parkingu lotniska w Hamilton. Trochę się dziwili, że do portu lotniczego prowadzi ledwo przetarta ścieżka w głębokim śniegu. Dotarli do budynku, weszli do środka. Stały tam jakieś samoloty. Dziwne... Normalnie samoloty stoją na zewnątrz. Ilona chciała kawę. Nie było. To już przekraczało wyobrażenie. Brak kawy w Ameryce Północnej na lotnisku? To nie możliwe. Dopiero wtedy zorientowali się, że są w hali muzeum lotnictwa, a port lotniczy jest w innym kierunku... Fatum trwa. Port lotniczy w Hamilton, chociaż międzynarodowy, to mały parterowy budynek. Z samolotu wychodzi się po przystawionych stopniach, ale za to i przodem i tyłem. Jak na Calgaryjczyka przystało jestem w kowbojskim kapeluszu i koszulce z krótkim rękawem. W końcu my w Calgary mamy tylko dwie pory roku: lipiec i zimę, wiec przylot do Ontario to jak do ciepłych krajów. Dziwią zwały śniegu przy ciepłym powietrzu, ale wyjaśniają, czemu odwołano loty. Wreszcie spotkanie z Ilona i Januszem. Jedziemy do Mississauga (miasto na granicy z Toronto, gdzie 1/5 populacji to Polacy). Fatum jeszcze się nieśmiało odzywa próbując przerazić Ilonkę, że nie będzie nagłośnienia, bo akustyk zaginął. Z uporem pocieszam Ilonkę, że teraz jak już wszyscy jesteśmy razem to fatum zniknie. Miałem rację. Do czasu.

Występ udał się rewelacyjnie. Janusz Szlechta zrobił swoim występem furorę. Najlepszy wykładnik to to, że nikt nie opuścił sali po zakończeniu, gdy zespół już tylko improwizował czekając na spóźnionego solistę skrzypcowego. Spóźnił się prawie godzinę. Nikt nie wyszedł, by uniknąć tłoku kilkuset ludzi na parkingu. Zaleta to kabaretu „To i Owo” właśnie, który i programem i późniejszą  improwizacją potrafił przytrzymać publiczność przez ponad 4 godziny. Nowojorczycy będą się mogli przekonać sami w październiku, gdy „To i Owo” zawita do nich na występy. Po występie cały kabaret udał się do Ilony. Długo opowiadaliśmy sobie wrażenia. Następnego dnia, kolejny występ w Burlington (pomiędzy Mississauga i Hamilton). I znowu bardzo udany, publiczność dopisała a program musiał być naprawdę dobry, skoro śmiałem się drugi dzień pod rząd. Tego wieczoru i nocy zostali już tylko forumowicze, (czyli Ilona Janusz i ja). Obejrzeliśmy musical Metro, słuchaliśmy poezji śpiewanej, w kominku palił się ogień, było tak dobrze i swojsko, że dopiero blisko 6 rano głowa zaczęła mi ciążyć, Janusz i Ilona śmieli się ze chrapię, ale oczywiście kłamią, bo przecież bym słyszał...

W poniedziałek ok. południa pojechaliśmy na cmentarz w Toronto by odnaleźć grób naszej wielkiej przyjaciółki Eli Wolskiej, która zmarła w sierpniu zeszłego roku. Odnaleźliśmy mogiłę, stanęliśmy w milczeniu i łzy płynęły mi z oczu. Tak niedawno widziałem ją wesołą na Forum, a teraz odeszła na zawsze i już nigdy nie spotkamy się przy butelce czerwonego wina, co stało się naszą wieloletnia tradycją.

O czwartej po południu miałem być na lotnisku, Janusz odlatywał następnego dnia z Buffalo. Podjechaliśmy jeszcze do domu Ilony. Dojadłem moje ulubione kluski śląskie, Janusz piekł placki ziemniaczane (pyszne). Wziąłem je na drogę. Ilonka i Janusz odwieźli mnie na lotnisko. Zdałem bagaże. Siedliśmy na kawę. Ciężko było się rozstać. Do Calgary dotarłem już bez przygód, poza małym spóźnieniem. Fatum jednak nie dało za wygraną. Następnego dnia, gdy Ilona odwiozła Janusza do Buffalo, tym razem jego samolot był odwołany, a następny był dopiero na drugi dzień. Na szczęcie Janusz miał tam znajomego księdza, u którego posiedzieli przy winie mszalnym i smakołykach. Samolot następnego dnia był bardzo spóźniony i nikt na Janusza na lotnisku w NY już nie czekał. Taksówka kosztowała majątek. Mimo tylu przygód, spotkanie było wspaniałe. Tak dobrze było zobaczyć przyjaciół, z którymi tyle wspólnych przeżyć. Umówiliśmy się w maju na doroczną  polską paradę samochodową pod NY. Gościć nas będzie tym razem Janusz. Jak na razie do Calgary nikt nie chce przyjechać. Wrrrrrrrrrr. Tak tu ładnie, tylko, że tak daleko od wszystkiego...

Do zobaczenia Przyjaciele. Wkrótce. Świat jest mały, przestrzenie się skurczyły i tylko chęci są potrzebne by się spotkać. No i czasem paszport...

Marek Mańkowski

Z Calgary wszędzie daleko...

"Nowy Dziennik" (Nowy York) 21 kwiecien 2007
 
   

Marek Mańkowski

 Gazety: Goniec , Nowy dziennik (Nowy York)
©Marek Mańkowski