Wprowadzenie
Biografia
Najnowsze Artykuły
Albumy
Archiwum
Polecam
Kontakt
 

REEMIGRACJA

Pomysł narodził się w barze hotelu „Portos” w Warszawie we wrześniu 2007 roku. Jeszcze pół roku wcześniej nawet przez myśl mi nie przeszło, że mógłbym przyjechać do Polski na dłużej niż parę tygodni. A tu proszę, 10 grudnia 2007 roku, po 20 latach w Kanadzie zawitałem do starego kraju na dłużej. Tyle się mówi o powrotach z emigracji. Powstały specjalne programy i informacje dla powracających, w telewizji polskiej namawiają emigrantów to powrotu. Postanowiłem spróbować i zobaczyć jak to wygląda naprawdę. Jasne, że mając duże, zaoszczędzone na obczyźnie pieniądze jest łatwo. Kupujemy wtedy dom, czy mieszkanie, otwieramy jakąś firmę, albo inwestujemy i żyjemy sobie beztrosko… dopóki nie otworzą się nam oczy, że pieniądze rozchodzą się trzy razy szybciej niż przypuszczaliśmy i nasze oszczędności topnieją w oczach. To tyle gdy jesteśmy bogaci. A co gdy nie jesteśmy żadnymi krezusami? Ot po prostu odłożyliśmy, jak w moim przypadku ok. ośmiu tysięcy dolarów by było na początek i wracamy by żyć jak zwykły polski obywatel? Dokumenty to nie problem. Wystarczy mieć adres zamieszkania, np. adres rodziców, metrykę urodzenia lub stary dowód osobisty i w urzędzie wydadzą nam nowy europejski, plastikowy dowód osobisty, i paszport (chociaż w Europie paszport nie jest teraz potrzebny), w archiwum gdzie zdawaliśmy kiedyś prawo jazdy odnajdą nasze dokumenty i wydadzą nowe europejskie plastikowe prawo jazdy i już jesteśmy mieszkańcem starego kraju. Ooops, sorry, to nie koniec… Teraz potrzebne nam mieszkanie i praca. Kupno nie wchodzi w moim przypadku w rachubę, piędziesięcio paro letni facet nie będzie też mieszkał z mamusią, więc trzeba coś wynająć. To nie czasy lat siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych, kiedy na mieszkanie czekało się 25 lat, a do tego czasu mieszkało z rodzicami. Teraz mieszkań do wynajęcia jest bez liku. W całej Polsce jest mnóstwo ogłoszeń, jest tylko jeden problem: CENA. W Warszawie, gdzie chciałem zamieszkać, bo tam pracowała moja dziewczyna i tam najłatwiej o pracę, ceny trzypokojowego mieszkania (czyli dwa „bedroom” według kanadyjskiego standardu), to powyżej 2 tysięcy złotych. Może trzeba obniżyć wymagania? Ale narzeczona ma dorastającą córkę, musimy mieć dwa pokoje… No cóż, przecież znajomy z hotelowego baru „Portos” przekonywał mnie że zarobki w Polsce są lepsze niż w Kanadzie, więc powinno wystarczyć na takie mieszkanie. Na razie zamieszkałem u dziewczyny w Warszawie na Grochowskiej. Nie mogło to trwać długo, bo co prawda mieszkanko było tanie, poniżej 1000 zł, komunikacja wspaniała w każdą stronę, cudowne targowisko na Placu Szembeka bliziutko, ale był jeden problem nie do pokonania… To mieszkanie to tylko jeden pokój i kuchnia. Łazienka maleńka z prysznicem w którym ledwo się obracam, nad umywalką nachylić się nie mogę bo zahaczam o ścianę, ogrzewanie elektrycznymi piecami przez które za prąd płaci się tyle co za samo mieszkanie i zepsuty gazowy podgrzewacz wody.

Grudzień to dość chłodna pora roku, zresztą nawet latem lubię się myć w ciepłej wodzie, takie zepsucie „zgniłym zachodem” więc zacząłem od naprawy podgrzewacza. Udało się. Jestem niepoprawnym optymistą i może dlatego zawsze mi się jakoś udaje. Szukając mieszkania, dzwoniłem do znajomych i rodziny. I niespodzianka… Teść mojego kuzyna może mi wynająć mieszkanie po swoim ojcu, który leży w klinice od kilku lat i chyba już tam zostanie. Mieszkanie w okolicy Czerniakowskiej i Gagarina, parę minut na piechotę do Łazienek Królewskich, trzy pokoje, kuchnia, łazienka i ubikacja oddzielnie, ciepła woda z elektrociepłowni, telefon, całość może ze 100 m kw. I to wszystko za 1500 zł. Nie ma to jak rodzina i łut szczęścia. Decyzja podjęta, przenosimy się. Zadzwoniłem do brata  Adama  Gorzkowskiego z Calgary, Wacka, który miał dużego vana. Przyjaciele są zawsze niezawodni. Wacek przyjechał z jeszcze dwoma braćmi do pomocy i tak jeszcze przed Wigilią znaleźliśmy się w trójkę w nowym przestronnym mieszkaniu. Pieniędzy nam starczy jeszcze na miesiąc ale przecież ze swoim szczęściem na pewno znajdę dobrze płatną pracę. Przecież kolega z baru w „Portosie” wiedział chyba co mówił, gdy twierdził, że w Polsce zarabia się lepiej niż w Kanadzie….

 

 

Na razie poznaję nową Warszawę. Mimo grudnia, Warszawa jest piękna. Kolorowo, gwarno, tłoczno. Nowe szklane wieżowce, centra handlowe, pięknie udekorowany i oświetlony Nowy Świat i Starówka.

 

Nowoczesne tramwaje, metro (subway) jakiego nie widziałem w Toronto czy w Nowym Yorku, przestrzenne wygodne autobusy miejskie z obniżoną podłogą tak długie że skręcają im się również tylne koła by mogły się wyrobić na zakrętach. Mam miesięczny bilet za jedyne 70 zł. Można z nim jeździć tramwajem, autobusem i metrem. Gdy się kończy ważność to można go uzupełnić w kiosku Ruchu i aktywować zbliżając do kasownika w autobusie. Nowoczesność i technika na każdym kroku. Mam też już telefon. Telefony komórkowe w Polsce to prawdziwa wygoda. Płaci się tylko wtedy gdy się dzwoni, gdy ktoś dzwoni do nas to nie. Mogą też do nas dzwonić nawet jeśli już wyczerpiemy limit. Limit uzupełnia się wykupując „kod” w każdym kiosku. Pod tym względem Ameryka Północna jest daleko w tyle. Telefon kupuje się w sklepie elektronicznym lub kiosku na rogu ulicy, do tego tzw. kartę SIM której numer jest numerem naszego telefonu i już mamy kontakt z całym światem…

Wigilia już za kilka dni, trzeba zrobić zakupy, kupić choinkę, ubrać ją i się weselić…

Gdy się jednak zorientowałem nagle ile kosztuje jedzenie, to jakby zimny prysznic na mnie spadł z zepsutego piecyka gazowego. Brrrrr… A przecież było nas tylko troje…(Beatka i jej córka Kinga nie były żadnym wykładnikiem kosztów wyżywienia w Polsce – obie razem ważą 10 kg mniej niż ja sam)

No ale w sklepach takie tłumy ludzi, więc chyba można na to zarobić.? Tak sobie myślę i się pocieszam optymistycznie. Od stycznia do roboty i będzie dobrze… Eh, ten optymizm i zimne prysznice… Czego było więcej?

d.

Święta Bożego Narodzenia w Polsce. Po raz pierwszy od 20 lat. Myślałem, że bardziej mnie to ruszy. Okazuje się jednak, że tradycja może być celebrowana wszędzie tak samo. Może to dlatego, że w Polsce jest teraz tak bardzo podobnie jak w Kanadzie. Dekoracje na ulicach i w sklepach już od listopada, szał zakupów i tak jakby ludzie w tym szale zapomnieli, że Boże Narodzenie to urodziny Boga, a nie prezenty dla siebie nawzajem. Tak więc w tym względzie nie było większej różnicy, na którym kontynencie się znajdowałem i tak naprawdę to ma znaczenie tylko kto siedzi z nami przy stole. No ale Święta trwają kilka dni a przede mną całe nowe życie… albo stare, zależy jak do tego podejść. Nadszedł Nowy Rok. Teraz to już na pewno się zacznie. Między Bożym Narodzeniem i Nowym Rokiem nie było sensu szukać pracy. Wszyscy myśleli o wakacjach, nie o robocie. Mój miesięczny bilet to świetny wynalazek. Mieszkając i pracując w Warszawie posiadanie samochodu to niepotrzebny wydatek i strata czasu. Komunikacja miejska jest wręcz fantastyczna. Nawet w godzinach szczytu, gdy wszystko stoi, zawsze poruszają się tramwaje i metro, a linie dublują się na tyle często, że dowolnym środkiem komunikacji można dojechać praktycznie wszędzie. Nawet do podmiejskich miejscowości jeździ tyle prywatnych linii, że nie czeka się dłużej niż 10- 15 minut. Czas szybko mijał na spotkaniach ze starymi znajomymi i nowymi, pieniądze znikały jeszcze szybciej i to bez żadnych „szaleństw”. Nie było wizyt w restauracjach, jedno pójście do kina (25 zł), DVD 190 zł, radio i CD 150 zł, a poza tym tylko jedzenie. Nawet alkohol kupowałem taki tańszy, bo nie było nigdzie mojego ulubionego rumu „Appelton Jamajka”. To było prawdziwe nieszczęście, ten rum, a raczej jego brak. No ale trudno, pomyślałem sobie. Nikt nie obiecywał, że będę miał wszystko. Reszta pieniędzy szła głównie na jedzenie. Acha, kupiłem też trochę ciuchów, bo nie zmieściły mi się wszystkie do walizki, a zima szła, a przynajmniej powinna iść. I nie doszła. Przez wszystkie zimowe miesiące w Warszawie śnieg padał może dwa razy, niewiele go było i nie leżał dłużej jak dwa dni. Po calgaryjskich zimach była to po prostu ciągła wiosna.

Nawet wiewiórki nie poszły spać w Łazienkach i domagały się poczęstunku. No, ale dosyć tych wakacji. Szukam pracy. Internet, ogłoszenia w gazecie. Praca jest i czeka, ale z Internetu, podobnie jak w Kanadzie nikt nie odpowiada na zgłoszenia. Wysłałem masę „resume” czyli CV, jak mówią na to w Polsce i nic. Myślicie że znając język angielski ma się jakiś atut? Zbyt wielu młodych ludzi mówi teraz w Polsce po angielsku by miało to znaczenie. Owszem są firmy poszukujące tłumaczy, ale największa stawka w Warszawie to 20 zł za stronę tekstu. Kto to kiedyś robił wie że wyjdzie to jakieś 10 zł za godzinę, zwłaszcza jeśli nie jest się zawodową maszynistką. Dziennikarstwo w Polsce to wypisz wymaluj czasy dziennikarstwa w USA lat trzydziestych czyli dżungla. Liczą się nie fakty a sensacja, nawet wyssana z palca. Co z tego, że potem pisze się czasem sprostowania. Najważniejsza jest pierwsza wiadomość. Poza tym Polacy żyją polityką. Wiadomości polityczne są najczęściej czytane, słuchane, oglądane. Polityczne? hm… To nie o tym się pisze jakie programy mają partie, co chcą naprawić, jak poprowadzić gospodarkę, tylko o tym kto z kim spał, gdzie był, kogo obraził lub na czym go przyłapano. Polacy bardzo się tym ekscytują i są to najbardziej oglądane programy. Dominują też te sprawy we wszystkich wiadomościach. W telewizji jest taki program na TVN nazywany „Szkło Kontaktowe”. Ogląda się to dobrze, ale temat jest zawsze taki by kogoś ośmieszyć. No ale to temat na inny artykuł. Chodzi o to, że praca dziennikarza w Polsce to nie dla mnie. Zawsze ważne były dla mnie fakty i rzetelność informacji, a w Polsce nikomu na tym nie zależy. Ot, po prostu potem sprostują to gdzieś na szóstej stronie lub pozwą się nawzajem do sądu, co też jest w Polsce niezwykle popularne. Co mi pozostało?

Jestem bardzo dobrym stolarzem meblowym. Z tego żyłem w Kanadzie przez wiele lat. Trzeba spróbować tego. Znalazłem ogłoszenie kilku stolarni. Jedna z nich była w Łomiankach pod Warszawą. Pojechałem tam. Wziąłem ze sobą zdjęcia swoich prac. Dużą stolarnię prowadzą tam ojciec z synem. Usiedliśmy w biurze. Moje prace bardzo im się podobały. Oprowadzili mnie po stolarni. Dobre narzędzia, sporo pracowników. Proponowali mi własne stanowisko i całe piętro. Pomocnika do prostszych prac, jak szlifowanie, oddzielna lakiernia, praca głównie w drewnie, to co lubię najbardziej. Może trochę daleko ale praca wydawała się idealna. Z tego co widziałem w stolarni z gotowych wyrobów to nie miałem się czego obawiać. Wróciliśmy do biura. Zapytałem o stawkę godzinową. Usłyszałem 10 zł/godz. Chyba mój wzrok coś powiedział bo podnieśli to do 12 zł/godz. Myślałem, że to żart. W Kanadzie stolarz meblowy zarabia w stolarni 25-30 dol./godz. Tyle miałem gdy wyjeżdżałem z Calgary. Powiedziałem, że się zastanowię i wyszedłem. Wiedziałem, że już tam nie wrócę. Myślałem, że to taki wyjątek… Myliłem się… Ale optymizm ciągle trwał…

Andrzej Polak z rodziną w Kanadzie

Chociaż gdzieś w podświadomości zamigotało przypomnienie słów Andrzeja Polaka, poznanego w Calgary, który mówił mi, że mieszkając w Częstochowie zarabiał jako elektryk 6 zł/godz. Nie wierzyłem mu wtedy…

Nieco zrażony proponowaną stawką w stolarniach, próbowałem dalej. Polska to kraj teraz na wskroś nowoczesny. Większość firm ma swoje strony na Internecie i przez Internet poszukują pracowników. Jasne że próbowałem i tej drogi, ale nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Przypuszczam, że natłok podań był tak wielki, że otrzymanie interview przypominało trafienie w totolotka. Nie martwiłem się tym zbytnio. Miałem w zanadrzu jeden pomysł. Jeszcze w Kanadzie usłyszałem od kolegi, że w Celestynowie niedaleko Warszawy jest firma budująca tzw. kanadyjskie domy. Odnalazłem ich na Internecie właśnie i umówiłem się na spotkanie. Był to początek stycznia, ale pogoda jak na wiosnę, albo może raczej późną jesień. Nawet trawa ciągle była zielona, a nie szaro-brązowa jak w Albercie. Celestynów był mi znany. Niedaleko Otwocka, gdzie mieszkałem 15 lat, gdzie kończyłem liceum, ożeniłem się, urodził się mój syn, gdzie ciągle mieszka moja mama

i gdzie na pięknym otwockim cmentarzu leży mój ojciec. Kawał życia. Dobrze się czułem w tych stronach. Otwock zmienił się, pobudowały się nowe domy, odnowiono stare i nawet mimo szarości stycznia było tu kolorowo. No ale do Celestynowa musiałem dojechać z Warszawy, więc najlepiej podmiejskim pociągiem. O tych pociągach zawsze opowiadano mrożące krew w żyłach historie, jak to chuliganie wyrzucali pasażerów, napadali, bili itp. Teraz może nawet więcej niż dawniej. Ale przy mojej wadze 260 funtów i wzroście 186 cm trzeba by się dobrze napracować by mnie ruszyć z miejsca, a chuliganom praca raczej nie służy i starają się jej unikać. Sprawdziłem rozkłady jazdy, by się nie spóźnić na interview o 10: 30 rano. Dworzec Śródmieście w Warszawie na zewnątrz nie zmienił się wcale, ale w środku pod ziemią czyściej i kolorowo od kiosków i sklepów z książkami i czasopismami, różnych kramików i bufetów.

Pociąg do Pilawy, przez Otwock wiele się nie zmienił, poza ładnym zielono-białym kolorem i nowymi siedzeniami. Te same rozsuwane drzwi po obu stronach, które latem otwierało się małą dźwignią i zostawiało otwarte. Łatwo było wypaść, ale za to jak przyjemnie. No ale to nie te czasy i nie ta pora roku. Jadę sobie, na kolanach książka, ale mało do niej zaglądam. Ciekawy jestem jak wygląda linia otwocka, którą kiedyś codziennie dojeżdżałem do pracy do Warszawy. Mało kto używa teraz tych pociągów. Jeżdżące co 10-15 min. prywatne autobusy przejęły większość pasażerów. Sam ich używam jadąc w odwiedziny do mamy. Okazuje się, że wśród wielkich zmian jakie dokonały się w Polsce, podmiejskie dworce nie zmieniły się wcale, a raczej zmieniły się na gorsze. Poobrywane betonowe gzymsy, wysmarowane przez grafitti, zamknięte na głucho od lat kasy. Nie wiem jak ludzie kupują bilety na pociąg w takim Miedzeszynie czy Michalinie i pewnie już nie będę wiedział ale nie martwi mnie to. Ważne że pociąg jedzie według planu i wygląda na to, że się nie spóźnię. Wreszcie Otwock, stąd już nie daleko. Chuliganów ani śladu, może śpią zimowym snem. Ludzi też prawie nie ma. Czas taki, że wszyscy pewnie w pracy, albo w kolejce po zasiłek. Stacji z Otwocka do Celestynowa jest więcej niż pamiętam: Śródborów, Pogorzel Warszawska, Stara Wieś. A myślałem że to zaraz za Sródborowem. Pamięć płata figle. Już Celestynów. Mała stacyjka, przejście nad torami z którego mało kto korzysta (wszyscy przechodzą przez torowisko i dziurę w płocie, co jest absolutnie zabronione i absolutnie ignorowane, nawet przez staruszki). Więc ja też idę na skróty. Malutki dworzec, mały placyk przed nim, ale za to cztery sklepiki spożywcze i apteka. W sklepikach wszystko; wódka, mydło i powidło, jak się kiedyś mówiło. Nawiasem mówiąc wódka jest sprzedawana wszędzie, nawet na stacjach benzynowych. Można kupić litr, albo małą „małpkę” czyli 1/10 litra w małej butelce, łatwo mieszczącej się do kieszeni i kosztująca mniej niż 10 zł. No ale teraz nie w głowie mi wódka tylko „interview”. Ulica Wojska Polskiego znajduje się przy dworcu. Nie trudno ją znaleźć, to jedyna ulica przy dworcu. Skręcam w prawo i po pięciu minutach marszu docieram do siedziby firmy.

Ładna brama i ogrodzenie, dwupiętrowy duży budynek, dwie hale. Wchodzę. Idę na samą górę, gdzie skierowała mnie młoda, ładna dziewczyna. Starszy pan… hm… jaki starszy, może ma kilka lat więcej niż ja, przyjmuje mnie kawą. Młody człowiek, również obecny okazuje się jego synem. Firmy rodzinne to chyba reguła w Polsce, takie przynajmniej odniosłem wrażenie. Siadamy w fotelach przy niskim stoliku, dostaję dobrą kawę. Otwieram laptop, by pokazać zdjęcia z tego co robiłem w Kanadzie. Zdjęcie to więcej niż tysiąc słów. Podoba im się. Opowiadam o swoim doświadczeniu w budowie, a raczej w wykańczaniu wnętrz w Kanadzie. Podoba im się to również. „Starszy” pan zaczyna opowiadać o firmie. Budują domy tzw. systemem kanadyjskim, czyli drewniane ramy, sklejka i ocieplenie. Jak na każdej rezydencjalnej budowie w Kanadzie. Z jedną różnicą. Cała konstrukcja ścian jest budowana w firmie i dowożona na miejsce do montażu na przygotowanych fundamentach. Nie ma w tym dla mnie nic nowego.

Budowy znajdują się na terenie województwa mazowieckiego w okolicach Warszawy i we Francji. We Francji ma pomóc moja znajomość języka angielskiego. Dostaję propozycje: stanowisko inspektora nadzoru, brzmi to szumnie, ale to Polska właśnie. Tytuły to podstawa. Firma zakupi dla mnie samochód bym mógł kontrolować budowy w Polsce. We Francji mam dostać inny samochód, wynajęte mieszkanie. Wyjazdy na kilka tygodni by dopilnować tamtejszych budów. Proponują mi 2000 tys. zł pensji miesięcznie, widzą moje wahanie, dodają, że to tylko pierwszy miesiąc, później 3 tys. miesięcznie. Praca od 8 do czwartej do chwili zakupu samochodu, potem od siódmej rano. Wiem już jakie są płace w Polsce. Wydaje mi się, że mam szczęście. Co prawda daleko do pracy ale co tam. Jak będzie samochód to nie ma znaczenia, w Kanadzie dojeżdżałem niejednokrotnie znacznie dalej. Pracę mam zacząć od 1 lutego. Wracam do domu jak na skrzydłach. I kto mówi, że w Polsce nie da się żyć? Bez znajomości, bez poleceń znalazłem pracę. Może to nie żadne kokosy, ale kto powiedział że na tym się skończy. Optymizm trwa…

Teraz, gdy miałem w perspektywie dobrą pracę Świat się trochę uśmiechnął. Ale nie do końca. Ciągle nie mogę się przyzwyczaić i do końca nie przyzwyczaiłem do niektórych aspektów obsługi sklepowej. Np. duży nowoczesny „Sadyba Mall”. Oprócz wielu pięknych oszklonych sklepów jak na każdym mallu w Kanadzie, jest tam również duży spożywczy market sieci „Carrefour”. I znowu żadnej różnicy w porównaniu z kanadyjskimi poza jedną, powinno się zostawiać plecak czy torbę w przechowalni przed wejściem do sklepu. Wydało mi się to głupie i oczywiście wszedłem na zakupy z plecakiem na ramionach. Po zapełnieniu koszyka, zapłaciłem w kasie i chcę wychodzić, a tu podchodzi do mnie security i pyta czy mógłby zobaczyć, co mam w plecaku… NIE – odpowiadam. Mały był ten security, szczuplutki, sięgał mi może do ramienia, ale się uparł i chce ciągle mój plecak… Słuchaj – mówię – wezwij policję i daj im dobry powód żeby mnie zrewidowali, bo jeśli nic tam nie znajdą to ty będziesz miał kłopot… i poszedłem. Stał tam jak wryty jeszcze długą chwilę. Byłem potem w tym sklepie jeszcze wiele razy, zawsze z plecakiem, ale już nigdy mnie nie zatrzymywano. Innym razem, mały sklepik spożywczo-warzywny na skrzyżowaniu ul. Gagarina i Iwickiej. Wszedłem żeby coś kupić do domu. Pani sprzedawarka prowadziła przez telefon towarzyską rozmowę. Poczekałem kilka minut… jakbym dla niej nie istniał. Mówię – chciałbym coś kupić – zignorowała mnie, odwróciła się plecami. No cóż, wyszedłem i więcej tam nie wróciłem, chociaż mieszkałem tuż obok. Na szczęście było tam więcej sklepików w pobliżu, których właściciele wiedzieli, po co są klienci. W Otwocku, przy przystanku autobusowym gdzie Świderska łączy się z Orlą jest niewielka pijalnia piwa. Czekałem na kogoś, wszedłem tam by kupić kufelek i wypić go przy stoliku pod parasolem na zewnątrz. Wydawałoby się nic prostszego, ale nie… pan barman rozmawiał przez telefon. Czekam minutę, dwie, pięć. Może mnie nie widzi? Ale stoję przy malutkim bufecie, jestem jedynym klientem… W końcu mówię, że chciałbym kupić piwo… zignorował mnie. Bardzo mi się tego piwa chciało, myślę sobie, wejdę do ubikacji, załatwię potrzebę to może już skończy tę telefoniczną rozmowę. Nie zdążyłem się przygotować, gdy drzwi malej pojedynczej ubikacji otwierają się z impetem, wpada barman i krzyczy, że ubikacja tylko dla klientów. Zdębiałem, przecież byłem klientem… hm, tak mi się przynajmniej wydawało. Może to pojedyncze przypadki, ale jest ich tak dużo, że zwracają uwagę. Inny, bardzo rażący mnie zwyczaj czy nowomowa to wszechobecne przeklinanie wulgarnymi wyrazami. Mówcie, co chcecie, ale gdy widzę młode śliczne dziewczyny, w których rozmowie, co drugie słowo to k… lub h… to w moich oczach one przestają być natychmiast śliczne, przestają być czymkolwiek, poza obrzydzeniem.  Gdy w kolejce zwróciłem uwagę kilku młodzieńcom z koleżankami, że nie lubię takich odzywek, usłyszałem, że to wolny kraj i mogą mówić, co chcą. Ja im na to, że moja wolność to prawo do nie słuchania tego typu inwektyw i ucichli. Chyba miałem szczęście, bo przeczytałem potem w którejś gazecie jak grupa młokosów pobiła na śmierć starszego pana, który im zwrócił uwagę na niewłaściwe wyrażenia. To przerażające, że wyznacznikiem wolności dla młodych ludzi i nie tylko jest możliwość publicznego i głośnego używania wulgaryzmów.

To mi przypomniało ciekawą scenkę, jaka miała miejsce na rynku w Kazimierzu. Siedzieliśmy sobie z dziewczyną na kamiennej ławce, grzejąc się w promieniach porannego słońca. Była godz. 10 rano. Na ławce obok trzech pijaczków już dobrze przyprawionych rozprawiało o czymś. Twarze jak z kryminału, tzw. „pięć lat bez wyroku” i nagle słyszę jak jeden z nich mówi do drugiego: „ …no nie dąsaj się Józek…” Z trudem zachowaliśmy powagę. Zawsze mi się to przypomina, gdy widzę ładną dziewczynę używającą języka z rynsztoku. Tak dla kontrastu.

Telewizja to zupełnie inne programy w porównaniu z tym, co było, gdy wyjeżdżałem z kraju w 1987 roku. Ba, wtedy były tylko 3 programy, chociaż już w kolorze. Najbardziej popularny program to „Szkło Kontaktowe”, w którym dwóch panów dyskutuje na temat znanych polityków często pokazując ośmieszające ich urywki filmów. Polacy żyją polityką i to odzwierciedlają nadawane programy. Kto w Kanadzie, poza małymi wyjątkami i samymi politykami ogląda transmisję z obrad Parlamentu? Kto to potem komentuje to i przeżywa jak by świat od tego zależał? A w Polsce to niekończące się dyskusje między rodakami. I żeby, chociaż dotyczyło to gospodarki, rozwoju, usprawnień czy reform. Nie, najważniejsze wydarzenia polityczne to afery w rodzaju, kto, z kim spał, komu nie podał ręki, kto na kogo ma teczkę i co w tej teczce było a nie ma…

Na szczęście są też inne kanały, na których są filmy, dobre programy historyczne, „Discovery Chanel” i inne.

Powstało w Polsce mnóstwo kościołów. Jak ktoś zauważył w ostatniej „Polityce”, nie wybudowano na tych miejscach żłobków, przedszkoli czy sierocińców, wybudowano kościoły, by modlić się w nich o więcej żłobków, przedszkoli i sierocińców…

No dobra, dosyć tego narzekania. Program w telewizji można sobie przełączyć lub nie oglądać wcale, dobrą obsługę też można znaleźć i nie chodzić tam gdzie jest zła, przeklinających ominąć lub zatkać uszy słuchawkami mp3. Towarzystwo można sobie dobrać do własnego gustu. Najważniejsze, że za kilka dni zaczynam pracę i przekonam się naocznie jak żyje się w Polsce, na co wystarcza, na co nie i czy może być normalnie. To przecież konieczność ciągłego kombinowania i załatwiania „na boku” wygnała mnie z Polski przed laty. Testem tego czy jest już normalnie będzie praca właśnie…

 

No to zaczęło się. Tzn. praca. Teraz to już będzie nareszcie normalnie – pomyślałem sobie. Nawet to, że musiałem wstać o piątej rano nie zdołało zepsuć mojego optymizmu. Pracę zaczynałem o ósmej, ale by dojechać z Warszawy do Celestynowa potrzebowałem minimum 1.5 godz. Autobusem do dworca „Śródmieście”, pociągiem podmiejskim do Otwocka, autobusem do Celestynowa. Za to z powrotem jechałem autobusem do ul. Marsa i autobusem miejskim prosto pod dom. W sumie 3 – 3.5 godz. dojazdu. No to co. To dopiero początek. Mam przecież dostać samochód. Co prawda Cezary (młody człowiek z biura firmy) twierdził, że samochodu nie będzie, ja jednak wierzyłem, że tak. Pierwsze tygodnie spędziłem w biurze przed komputerem, zamawiając różne rzeczy, głównie na budowę we Francji.

 Raz wyjechałem w teren z kierowcą Markiem by zobaczyć jak wyglądają budowy w praktyce. Wszystko wyglądało super. Na samym początku dostałem do podpisania umowę o pracę. Nie znam obecnych przepisów pracowniczych w Polsce, no bo skąd? Umowa miała być w biurku prawnika firmy Czarka. Nie wiem czemu, ale dlaczego miałem pytać? Na początek była tylko na miesiąc. To również wydawało mi się fair. Okres próbny itd. Zajmowałem się głównie budową we Francji. Paweł, syn szefa wprowadził mnie w temat. Była tam budowa w Le Touquet. Dom w renowacji dla bogatego Francuza Allana.

 Renowacja polegała na pozostawieniu kawałka starej ściany, by móc twierdzić, że to renowacja i wybudowania dookoła niej nowego domu. Widać nie tylko Polacy mają tendencję do omijania przepisów. Znalazłem producenta schodów, załatwiałem kuchnię, marmury na ponad 100 m kw. itp., itd. Praca jak praca, dobrze, że się na tym znałem, mogło być gorzej. Docierały do mnie sygnały od pracowników, że coś jest nie tak z Firmą, ale na całym świecie są pracownicy, którzy będą narzekać na pracodawcę z powodem lub bez, więc nie zwracałem specjalnej uwagi. Wszystko wydawało się proste i dobre. Do domu wracałem o czasie, rutyna. Jedna ze spraw do załatwienia to była naprawa mostu w furgonetce IVECO. Stała od paru tygodni w jakimś garażu. Mechanik twierdził, że trzeba wymienić most. Znalazłem warsztat z prawdziwego zdarzenia w Józefowie gdzie okazało się, że mostu wymieniać nie trzeba, vana naprawiono w jeden dzień, zaoszczędzając Firmie kilka tysięcy złotych. Potem z Francji wrócił inny firmowy van, tym razem Ford. Kierowca twierdził, że są drgania podczas jazdy. To mogło być wszystko, począwszy od drążków kierowniczych na balansie opon kończąc. Szef warsztatu w Józefowie zadzwonił do mnie, że samochód gotowy po paru godzinach. Rachunek zadziwiająco mały. Gdy przyjechałem odebrać auto powiedział ze przyczyną drgań była glina przylepiona na felgach od wewnętrznej strony. Taki mechanik to skarb. Mógł przecież wymienić całe zawieszenie nic nie mówiąc o prawdziwej przyczynie… Moja wiara w ludzi rosła. W międzyczasie korespondowałem z firmą z Norwegi po angielsku w sprawie zamówień na wykonywane przez nas domy, sprawdzałem ceny na rynku, wprowadzałem się w pracę.

21 lutego pierwszy wyjazd do Francji. Leciałem z Pawłem, synem szefa. Francja to było to, czym miałem się głównie zajmować. Miało tam być wynajęte dla mnie mieszkanie i samochód. Miałem tam spędzać kilka tygodni jednorazowo dopilnowując prowadzonych robót. Były plany budów na południu, ale na razie to okolice Lille i wspomniane Le Touquet nad kanałem La Manche.

Samolot wylądował w Brukseli. Stąd mieliśmy jechać najszybszym pociągiem Europy do Lille, gdzie miała nas odebrać siostra Pawła, Ola. W Brukseli na dworcu poszedłem do łazienki. I tu niespodzianka. Do tej pory myślałem, że płatna ubikacja to ewenement polski, a tu nie tylko płatne, ale jeszcze jest to automat otwierający gilotynowe drzwi po wrzuceniu monety. Można nie zdążyć szukając tej monety, a i gilotyna też nie daje poczucia bezpieczeństwa dla ważnych organów. Za to pociąg z XXI wieku. Siedzenia jak w samolocie, tylko miejsca bez porównania więcej, droga 120 km trwała nie całe pół godziny.

Lille jest piękne,

Le Touquet też. To był mój pierwszy pobyt we Francji. Po powrocie do Warszawy odebraliśmy od dealera nowy samochód Chevrolet combi. Nie musiałem już dojeżdżać pociągiem. Dojazd zajmował mi teraz pół godz. Na szczęście jechałem zawsze w inną stronę niż wszyscy, bo widząc korek w przeciwnym kierunku ciągnący się przez cały Wał Miedzeszyński ta sama droga zajmowała chyba ludziom dobrze ponad godzinę. W ogóle korki w Warszawie i na drogach Polski to koszmar. Gdy jechałem po odbiór podłogi na francuską budowę na Kaszuby, 350 km, po drodze było wszystko, łącznie z demonstracją mieszkańców jakiejś Wólki, którzy zatarasowali międzynarodową szosę z narodowymi flagami, bo chcieli, aby im wybudowano rondo. Nie żartuję. Mam to na zdjęciu. Droga w jedną stronę zajęła 8 godzin, z powrotem prawie tyle samo.

Wreszcie pierwsza wypłata. Całe 2000 tysiące złotych. Ojej. Całe szczęście, że Beata też pracowała, bo byłoby ciężko. No, ale za miesiąc będzie już trzy tysiące… Pierwszym prawdziwym sygnałem, że cos jest nie tak było nie zapłacenie przez Firmę rachunku w warsztacie samochodowym. Pieniądze Firma miała, czemu psuli układ z takim dobrym mechanikiem? Wstyd mi było, bo p. Marcin, właściciel warsztatu wydał samochód ze względu na zaufanie dla mnie. Nie podobało mi się to bardzo. Zacząłem bardziej słuchać, co mówią pracownicy. Każdemu Firma zalegała jakąś wypłatę. To samo dotyczyło kontraktorów, dostawców, sprzedawców. Kolejne magazyny dostarczały towar tylko po zapłaceniu należności. Żadnych kredytów. Dziwne uśmieszki sprzedawców. Jeszcze nie łapałem. Na początku marca wyjazd do Francji, tym razem samodzielny. Leci ze mną elektryk. W Brukseli odbiera nas firmowy samochód (furgonetka Ford). Droga długa, na miejsce docieramy w nocy. Nagle dowiaduję się, że nie ma żadnego wynajętego mieszkania. Spać mam w starej przyczepie campingowej, z innym pracownikiem, Januszem, ale łóżko będzie wolne dopiero od jutra, więc tej nocy na kanapie. Łazienka co prawda działa, ale ubikacja nie. Trzeba iść przez plac do rozwalającej się rudery, starej restauracji, gdzie w ubikacjach bez drzwi stoją dwa sedesy i wiadro do spuszczania wody. Wszystko to mieści się na jakiejś wiosce, 10-12 km od Le Touquet. Coś tu bardzo nie gra…

Do tych warunków najwyraźniej przyzwyczajeni są pracownicy. Mieszkają już tak od roku i dłużej. Dzwonię do siostry szefa, która mieszka we Francji. Daje mi wymijające odpowiedzi. Dzwonie do młodszego szefa, który mnie tu przysłał. Tłumaczy się, że to tylko tak teraz wypadło, że to na razie. Teraz rozumiem, czemu w ostatniej chwili przed odlotem do Francji powiedział, że musze mieć ze sobą śpiwór. To nie chodzi o to, że jestem specjalnie wygodny, jeździłem na polowania w gorsze warunki, ale tu obiecane było coś zupełnie innego a co innego dane. No trudno, zacisnąłem zęby. Jestem w końcu we Francji i trzeba z tego skorzystać by zobaczyć nowe miejsca. Na szczęście mój współlokator okazał się sympatycznym człowiekiem. Na wyjazd dostałem diety w wysokości 45 euro dziennie. Przy cenach, jakie tam panują to bardzo niewiele. Potem odnalazłem w przepisach, że należało się jeszcze 90 euro na noclegi, ale gdy okazało się później, że pracownicy budowlani firmy podpisują otrzymanie 45 euro a dostają 27, nie poruszyłem tego tematu, w końcu firma zapewniała „nocleg”. Było dla mnie nieodgadnioną tajemnicą, dlaczego się na to godzili. Firma przecież obciążała tymi kosztami klienta, wiec różnicę zabierała do kieszeni. Pracownicy między sobą narzekali na to, ale w rezultacie akceptowali. Przywozili ze sobą jedzenie z Polski, nawet ziemniaki i gotowali na miejscu. Drugi barakowóz stał na terenie samej budowy i mieszkało w nim od czterech do 6 ludzi, jedząc i pijąc, z ubikacją na podwórku. I znowu ten kontrast z tym, co było mówione a rzeczywistością. Po tygodniu wróciłem do Polski i moim zadaniem miało być prowadzenie budowy domu Allana w Le Touquet. Młody szef był bardzo zadowolony z mojego pobytu we Francji. Mówił, że klient, (francuski milioner) był bardzo usatysfakcjonowany moim podejściem. Trzeba było zamówić marmury, znaleźć wykonawcę na kręcone drewniane schody, szafy, meble kuchenne i wyposażenie. Wydawałoby się to proste, gdy się wie, co się robi, ale tu znowu zagrała niesolidność finansowa firmy. Ogromne opóźnienia w płaceniu zaliczek, świecenie oczami przed kontraktorami, tłumaczenie się, czemu nie zapłacono za usługi, próby oszukania wykonawców, jak np. reklamowanie towaru odebranego i już wysłanego do Francji, z którym, tak jak z marmurem wszystko było w porządku, aby jeszcze obciąć cenę, lub nie zapłacić raty. I znowu mogłem się zorientować, że nie było to powodowane brakiem pieniędzy. Te były natychmiast inwestowane w kupno mieszkań w Warszawie, w ziemię itp. Jednocześnie przypadkiem zobaczyłem pozostawioną ze skanera na moim komputerze kopię separacji młodego szefa z żoną. To było kochające się małżeństwo, dlaczego? Wszystko zaczęło się składać do kupy. Zatrudnianie kolejnych kontraktorów, nie płacenie im i zatrudnianie następnych, jednocześnie wyciąganie od klientów kolejnych transz za domy i inwestowanie ich w prywatny majątek. Branie kolejnych wielkich pożyczek z banków. Jednocześnie wyjazdy na wakacje na Kubę czy do Tailandi. Nie mam nic przeciwko temu, gdy ktoś ma pieniądze i jeździ sobie po świecie. A nawet, gdy ich nie ma. Ale gdy w tym samym czasie załoga firmy dostaje tylko drobne zaliczki lub wcale, gdy czekają wierzyciele na spłatę rachunków za wykonane usługi, gdy żony dzwonią z płaczem, że ich mężowie nie dostali wypłaty i nie mają na jedzenie, to coś jest bardzo nie tak. Coraz bardziej wyglądało to na przygotowanie firmy do bankructwa. Firma była zarejestrowana na ojca, który ma przejść na emeryturę. Po bankructwie syn pewnie otworzy nową pod inną nazwą…

  Te konkluzje przyszły oczywiście dużo później. Moja druga wypłata miła być 3000 tys. Na umowie wypisanej znowu na miesiąc było tylko dwa. Zwróciłem na to uwagę i szef poprawił. W końcu dopiero co minie pochwalił za dobrą robotę. Na moim rachunku był przelew na 2 tys. Dzwonie do młodego szefa, który dokonywał przelewów. Przeprasza, że się pomylił. OK., zdarza się. Pracy coraz więcej. Zamówienia do Francji zostały zawieszone, pewnie klient wpłacił kolejną ratę. Mam się zająć budową w Józefowie, gdy tylko klient jest trochę ułagodzony, jestem przesyłany na następną budowę. Mam nadzorować te budowy, ale sprowadza się to do pilnowania pracowników. Gdy próbuję zająć się, jakością i prawidłowością, jestem odsuwany.

Najbardziej jaskrawy przykład był na budowie w Warszawie na ul. Włodarzewskiej. Miałem się tą budową zajmować od początku do końca, dostać budżet, pieniądze na wypłaty itp. Okazało się to tylko teorią. Gdy miano lać beton na fundamenty zostałem posłany do Białołęki na inną budowę. Traf chciał, że dostawa betonu opóźniła się znacznie i zdążyłem z powrotem. Okazało się, że, wykop został źle wykonany inaczej niż w projekcie, nie ma wcięcia i właściwego zbrojenia, część wykopu nawet nie do połowy strefy przemarzania. Gdy chciałem zatrzymać budowę, usłyszałem, że mam się nie wtrącać, bo to jest decyzja szefa. On polecił tak to właśnie wykonać. Wszystko, co mi pozostało to zrobić zdjęcia. Nie było to pierwsze ani ostatnie podrywanie mojego autorytetu. Najwyraźniej młody szef nigdy nie był w wojsku i nie miał pojęcia o tzw. „chain of command”. Odbijało się to później coraz bardziej. Czas mijał Frustracja rosła. Samą pracę bardzo lubiłem, chociaż było jej naprawdę dużo. Przez trzy miesiące zrobiłem nowym autem 30 tysięcy km, z czego tylko dwa dłuższe wyjazdy, jeden do Dębicy, drugi do Tomaszowa Mazowieckiego. Reszta na terenie Warszawy i okolic. No i jeden prywatny (za zgodą szefa) wyjazd do Tarnowa. Tam mnie też spotkała miła niespodzianka. Wyjeżdżając do Warszawy z Tarnowa o 4 rano by zdążyć do pracy, „przycisnąłem” trochę pedał gazu na przedmieściach, i zatrzymała mnie policja. Przekroczenie prędkości było spore, bo o 40 km/godz. Siedzę sobie jak w Kanadzie w samochodzie, z dłońmi na kierownicy i czekam. Przyszedł młody policjant, wziął dokumenty, mówi ile przekroczyłem i czy się zgadzam? Pewnie, że się zgadzam, mówię, przecież mają „maszynę”. Mówię, że jest wcześnie, nikogo na drodze, śpieszę się do pracy do Warszawy. Daje mi do dmuchania balonik, nic nie wykazuje. Jest ich dwóch. Naradzają się. Za parę minut policjant wraca i mówi, że mi daje ustne ostrzeżenie. Uff, ale ulga. Potem nikt mi nie wierzył, że nie dałem „w łapę”, a mnie po prostu nie przyszło to do głowy.

Pod koniec następnego miesiąca młody szef wziął mnie na rozmowę i mówi, że nie mogą mi płacić 3000 tys. tylko dwa. Tłumaczy to tym, że we Francji trzy gwoździe zostały wbite nie takie (dosłownie), że samochód ich kosztuje itp. itd. Tzw. B.S. Zdębiałem, dopiero, co mnie chwalił. Umowa znowu na miesiąc. Tym razem dwa tys. Zaczyna mnie to zastanawiać, ale jak pisałem, nie znam przepisów w Polsce i pewnie tak ma być. Jest już lato, pogoda piękna, świat też, a ja niepoprawny optymista, coraz bardziej sfrustrowany i zły. Każda wypłata to czekanie przy bankowym automacie i sprawdzanie czy zrobiony został przelew i przynajmniej trzy telefony do szefa z przypomnieniem, że czekam. To upokarzające, proszenie o własne pieniądze, ale nie pozwolę by powstało to, co z innymi pracownikami.  Koniec czerwca, kolejny wyjazd do Francji. Tym razem samochodem. Mam zabrać dwóch pracowników. Jeden dopiero co zatrudniony. Obaj młodzi. Ten starszy stażem przygotował do zabrania worek kartofli. Nie ma szans by się zmieścił razem z bagażami. Kartofle zostają. Droga długa, 1600 km przez Niemcy, Holandię, Belgię. Jeden nocleg tuż przed granicą. Dojeżdżamy na miejsce późnym popołudniem. W barakowozie, w którym mieszkałem przedtem mieszka teraz chyba sześć osób. Prawie wszyscy pijani. Jeden Ojciec, młodego człowieka, którego przywiozłem, kompletnie pijany, awanturuje się gdzie jest worek ziemniaków. Skacze z pięściami. Pijany nie zdaje sobie sprawy, czym by się to skończyło. Na szczęście inni go powstrzymują. Jadę odwieść drugiego młodego do barakowozu na budowie w Le Touquet. Jest tam dwóch ludzi, ojciec i syn. To oni układają marmury w tej rezydencji. Ojciec, prawdziwy artysta. Układał marmury m. in. w Zamku Królewskim w Warszawie. Gdy widzą samochód z logo firmy, wypadają z barakowozu. Krzyczą, co z pieniędzmi, jak długo mają czekać. Młodszy ze łzami w oczach opowiada, że przyjechał z ojcem by trochę dorobić. Za dwa tygodnie ma się żenić. Zostało mu dwieście zł. Mieli cztery tygodnie przestoju z winy firmy (nie było materiału). Nie dostali wypłaty, wydawali na życie własne pieniądze nic nie zarabiając. Mogli odjechać, ale wtedy straciliby wszystkie pieniądze, które im była winna firma, a było tego dużo. Poza tym starszy był honorowy. Chciał skończyć to, co zaczął. Opowiada mi jak Alan (francuski milioner, właściciel remontowanego domu, obił starszego szefa laską za niedotrzymywanie umowy)

Tym razem uparłem się i mam mieszkać ze starszym szefem w wynajętym domu. Domek śliczny, niedaleko morza. Pierwsze dwa dni jestem tam sam, potem wraca szef. Któregoś wieczoru dowiaduję się przypadkiem o dalszych planach, co do mojego pobytu. Wszyscy wracają do Polski. Ja mam zostać. Pewnie by robić dobre wrażenie na kliencie. Samochód, za który podpisałem wyłączną odpowiedzialność ma wracać do Polski z innym kierowcą. Pieniądze na diety kończą się za parę dni. Po doświadczeniach innych pracowników już wiem, że dodatkowej wpłaty nie zobaczę. Będę musiał wydawać swoje. Zwiążą mnie tak jak innych, pieniędzmi, które mi będą winni. Nie mogę na to pozwolić. Godzina 3: 30 nad ranem. Zabieram do samochodu spakowaną walizkę. Zostawiam śpiwór, ręcznik, przybory toaletowe. Punkt czwarta jestem w samochodzie i ruszam w szaleńczą drogę. Przed ósmą rano, gdy jestem spodziewany na budowie, wysyłam sms, że chcę odebrać narzeczoną z lotniska w Brukseli i wracam za kilka godzin.

Potem wyjmuję baterię z telefonu. Wiem z czasów swojej pracy, jako prywatny detektyw, jak łatwo jest namierzyć współczesny komórkowy telefon gdzie się znajduje, nawet, gdy jest wyłączony. Wiem, że młody szef nie zawaha się zawiadomić policji, oskarżając mnie o kradzież służbowego samochodu. W Warszawie jestem ok. 22: 00. Z samego rana jadę do dealera gdzie kupowany był samochód i gdzie znajduje się serwis. Zgłaszam usterkę radia, które szwankowało już wcześniej. Mówię, że po odbiór zgłosi się szef firmy. Tak jak przypuszczałem, samochód jest obejrzany dokładnie przed przyjęciem i spisany protokół odbioru. Nie ufam już firmie i jej szefom. Potem okazało się, że słusznie, bo młody szef opowiadał, że w samochodzie brakowało radia. Na szczęście mam kopie protokołu odbioru. Zadzwoniłem do szefa. Powiedziałem, gdzie znajduje się auto i że kończymy naszą współpracę, że to, co robią i jak postępują z ludźmi to kryminał. Rozliczenie za podróż wysłałem. Straciłem na tym sporo, ale trudno. Gdy próbuję opowiadać w Polsce innym o tym, co się działo wzruszają ramionami. Okazuje się, że to normalne. Ze ogromna większość firm zatrudnia pracowników podając minimalne wynagrodzenie by płacić jak najmniej ZUS-u i podatków. Że umowa na miesiąc to standard, bo firma ma siedem dni na rejestracje i w razie kontroli, zawsze zdąży, że ma się szczęście, że w ogóle zarejestrują. O rany, gdzie ja jestem? Gdzie jest mój dom? Gdzie mam żyć? Przecież tak naprawdę to żaden powód mojej emigracji z przed dwudziestu kilku laty się nie zmienił. Kombinowanie dalej istnieje i jest akceptowane, może nawet na większą skalę niż przedtem. Czuję się oszukany. Polska jest piękna, gdy ją odwiedzić na kilka tygodni. Gdy zaczyna się tam żyć, z kątów zaczynają wyłazić czarne  płazy kombinatorstwa. Bardzo próbowałem normalnie żyć. Nie dało się. Może miałem tylko pecha? Już nie mówiąc o tym, że w Kanadzie za dwa razy krótszą pracę otrzymuje się dwa razy więcej pieniędzy, które mają dwa razy większą siłę nabywczą. Jeszcze tylko kolega, od którego to wszystko się zaczęło zaproponował mi pracę w dziennikarskim zawodzie, za 1500 zł miesięcznie. Tyle kosztowało mnie mieszkanie… a jedzenie?

WRACAM DO KANADY

Marek Mańkowski

 

REEMIGRACJA

 

Podróż zwykła nie liryczna trochę tylko romantyczna

Przyjechałem  , zobaczyłem, co i jak

Czemu znowu tu trafiłem? Przecież świetnie się bawiłem

hen daleko za morzami jest mój świat

Otwock , Praga i Warszawa

I zaczęła się zabawa

Czy potrafię zaspokoić moją jaźń

Czy wystarczy mi fantazji

Tu potrzeba wyobraźni…

Żeby słusznie egzystować ..” niech to  szlag…”

 

Epizodyczna chwila

Niech nikt się nie wychyla

Wszak  stary świat jest stary

Zmieniliśmy się my

Nie będę już narzekał

Nie będę także czekał

Na długie złe miesiące

Co mogą jeszcze  przyjść…

 

Egzystować toż się chciało

Czegoś jednak brakowało

Tej radości którą niesie z sobą każdy świt.

Wola jednak ma niechętna

By się w  tym bagienku pętać

LOT załatwił całą sprawę w kilka chwil

Zobaczyłem to co chciałem

Trochę tez się pozżymałem

Na układy , na kolesiów małych, kraj

Nic właściwie się nie zmienia

Trwa jak trwało bez zdziwienia

Jak tu słusznie egzystować? „niech to szlag….

 

Epizodyczna chwila

Niech nikt się nie wychyla

Wszak  stary świat jest stary

Zmieniliśmy się my

Nie będę już narzekał

Nie będę także czekał

Na długie złe miesiące

Co mogą jeszcze  przyjść…

 

 

I wróciłem bez wahania

Jakby Chinuk mnie poganiał

Do Skalistych Wzgórz potęgi

Tęczy barw

Tylko puenta się pałęta…

Może wrócę tam na święta?

Choć na chwile krótką, jedną

Chyba tak…

Emigracja, alienacja

Jaka jest w tym wszystkim racja

Może ktoś receptę słuszną  na to zna

By nie myśleć po kryjomu

Czy ja teraz jestem w domu ?

To pytanie mnie zakwasza

Niech to szlag….

 

Epizodyczna chwila

Niech nikt się nie wychyla

Wszak  stary świat jest stary

Zmieniliśmy się my

Nie będę już narzekał

Nie będę także czekał

Na długie złe miesiące

Co mogą jeszcze  przyjść…

 

B.M.

 

 

 

 

Marek Mańkowski

"Goniec" 10-16 październik 2008

 
 
   

Marek Mańkowski

 Gazety: Goniec , Nowy dziennik (Nowy York)
©Marek Mańkowski