Wprowadzenie
Biografia
Najnowsze Artykuły
Albumy
Archiwum
Polecam
Kontakt
 

Do Polski z Calgary

Do Polski z Calgary

Wyjazd do Polski z Calgary to zupełnie coś innego niż wyjazd z Toronto, Chicago, czy New York. Najbardziej prozaiczna różnica to cena. Czytając Gońca widzę reklamy biur podróży z Toronto. Ostatnie ceny biletu w obie strony to 475 dolarów. Jasne ze dochodzą tam różne dopłaty, podatki itp., ale ciągle jest to rewelacyjna cena, na którą stać praktycznie każdego. To samo w innych miastach, które wymieniłem, a czasem nawet taniej. A Calgary? Wyjazd na święta był poza moim zasięgiem finansowym, to samo na Nowy Rok. Ale koniec stycznia to już była prawdziwa okazja, tylko 1200 dolarów... No cóż, pisałem już przedtem, że Calgary jest może nie na końcu świata (zostawmy to miejsce Australii i Nowej Zelandii), ale jednak tysiące kilometrów od wszystkiego. Całe szczęście, że krzywizna Ziemi i cuda nawigacji sprawiają, że lot do Frankfurtu trwa „tylko” dziesięć godzin. A potem, jak się ma dużo szczęścia i dobrego agenta podróży (Basia z calgaryjskiego POLIMARK-u) to na samolot do Warszawy czeka się tylko 2 godziny. Nie lubię lotniska we Frankfurcie. Ogromny moloch, gdzie pasażerowie traktowani są jak pakunki do przesortowania i wysłania. Owszem działa to dość sprawnie (musi, bo inaczej szybko by się zatkało), ale nie ma tam żadnej duszy. W żadnym innym porcie lotniczym, a byłem już na wielu, nie miałem tego odczucia tak wyraźnie jak właśnie tam. No, ale nic to, jak mawiał pan Wołodyjowski. Znalazłem bar pod nazwą „Goethe” z jego pomnikiem w pozycji półleżącej. Akurat zwolniło się miejsce, więc siadłem z uczuciem ulgi, że mogę wyciągnąć nogi (nie da się tego zrobić w samolotach Lufthansy czy nawet Air Canada, inaczej niż w LOT-cie) i napić się dobrego niemieckiego piwa. Faktycznie było dobre. I okazało się, że była to świeżutka dostawa bo kilka dni wcześnie stała się rzecz nie do uwierzenia, że kiedykolwiek może się to zdarzyć w Niemczech – ZABRAKŁO NA CAŁYM LOTNISKU PIWA. Stało się tak z powodu huraganu, o którym wszyscy na pewno słyszeli. Tysiące pasażerów zostało uziemionych i wypiło całe piwo. Dla Niemców to musiał być szok. No, ale to było kilka dni wcześniej. Miałem szczęście. Doczekałem się swojego samolotu do Warszawy. Tym razem był to samolot LOT-u. Malutki odrzutowiec produkowany chyba w Brazylii. Nazywa się Embrarer 145 i zabiera 48 pasażerów. Gdy wszedłem na pokład, musiałem zdjąć kapelusz, Nie, nie z powodu spotkania z kawałkiem Polski, ale dlatego, że było tak nisko i aby przejść do swojego siedzenia musiałem iść dobrze schylony. Tak sobie wąska rurka. Albertańskie rurociągi przenoszące ropę są chyba większej średnicy. Po jednej stronie dwa siedzenia, po drugiej już tylko jedno. Dotarłem na miejsce, czując się trochę jak w małej łodzi podwodnej. Podręczny bagaż nie zmieścił się na górnej zamykanej półce, ale kurtka weszła (z trudem). Na szczęście siedzenie za mną było puste, więc przemiła stewardessa umieściła tam mój bagaż i przypięła go pasem bezpieczeństwa. Ale gdy wreszcie usiadłem, przyjemna niespodzianka. Siedzenie wygodne, szerokie i dużo miejsca na nogi. Komfort. Silników umieszczonych z tyłu kadłuba prawie nie słychać. Obsługa z humorem i fantazją. Znowu niespodzianka, w krótkim, trwającym niecałe dwie godziny locie dostałem smaczny posiłek, czekoladkę, kawę, czerwone wino. Nie, to nie było miejsce w pierwszej klasie. To LOT potwierdził znowu, że jest najlepszy. Lecąc 4 godziny z Calgary do Toronto nie dostaje się nic. Mały samolocik wzniósł się dzielnie na wysokość 10 tysięcy metrów jak prawdziwy rejsowiec i po gładkim locie wylądował w Warszawie. Tak jak we Frankfurcie, podjechał po nas autobus i ruszyliśmy do terminalu drugiego zatrzymując się na chwilę przy terminalu 1 by wysadzić tranzytowych pasażerów. Nie podobało się to jednemu z Polaków. Ubrany w drogi garnitur i elegancki płaszcz, stwierdzi, że to tylko w Polsce może się zdarzyć. Zapytałem:, co? Przecież w każdym porcie lotniczym na świecie często tranzytowych pasażerów wysadza się przy innym terminalu. Tutaj przynajmniej plansza z informacją trzymana przez stewardessę była wydrukowana ładnie a nie napisana ręcznie jak często w Toronto czy Nowym Yorku. Powiedziałem to temu gościowi i przestał. Ech ta nasza narodowa mania narzekania na wszystko.

No a potem czas potoczył się szybko. Za szybko. Byłem tylko 8 dni. Na lotnisku czekał niezawodny szwagier Andrzej, mama w domu z obiadem, ciepło, miło. Następnego dnia (niedziela) rano spotkanie w Warszawie, potem drugie, miłe, potem moje urodziny wyprawione przez mamę w towarzystwie przyjaciół. W poniedziałek wyjazd do Tarnowa, nocleg w hotelu Tarnowia, który będę pamiętał, rano we wtorek wizyta w biurze Forum Mediów Polonijnych, potem spotkanie na ranczo z polskim kowbojem i wyjazd do Krakowa. Wiosenna pogoda zamieniła się na śnieżycę. Do hotelu dotarłem w kopnym śniegu. Kaja była szczęśliwa, bo ten śnieg to było jak marzenie na jej piątkowe spotkanie. Rano śniadanie, pisanie, potem spotkanie najdłuższe i stare miasto, Sukiennice, Wieża Mariacka i spacer nocą piechotą do hotelu, przez Wisłę. Z pod Wawelu kilku narciarzy w pełnym ekwipunku zjeżdżało sobie w dół po ulicach zasypanego Starego Miasta. Była północ, śnieg sypał. Cudownie. Następnego dnia zwiedzanie, potem spotkanie, potem pożegnanie, i jeszcze jedno i w piątek rano wyjazd do Warszawy. Krajobraz wiosenny z poniedziałku zastąpił krajobraz zimowy. Miałem się spotkać z bratem ale nie miałem jak dojechać z Otwocka  do Konstancina. Brat nie był zadowolony z tego powodu, bo odłożył parę rzeczy, ale trudno. Spotkałem mamy chłopaka, który właśnie wrócił z sanatorium. Fajny gość i mama go lubi wiec się cieszę, bo nie jest sama. Rano jeszcze do Warszawy na kolejne spotkanie i jeszcze jedno, z którego wracam późno, pakowanie, rano (niedziela) wstawanie o 6 rano i wyjazd na lotnisko. Szybko to minęło, za szybko. Tym razem samolot do Frankfurtu jest Lufthansy. Duży rejsowy Boening, ale w środku koszmar. Siedzenia tak wąskie i tak blisko siebie ze czułem się jak sardynka w puszce, niewygodnie, ciasno i źle. Na szczęście tylko niecałe dwie godziny. We Frankfurcie znowu dwie godziny czekania, wiec oczywiście poszedłem do znanego mi już baru. Niestety, tym razem jedyne wolne miejsce było koło stolika z czterema palaczami kopcącymi jednocześnie. Nie dało się wysiedzieć, powiedziałem kelnerce, że kasuję zamówienie, bo za dużo dymu i poszedłem. No i znowu ten koszmarnie długi lot i niewygodne siedzenia Lufthansy, chociaż miejsca tym razem troszkę więcej. Calgary przywitało mnie słońcem i brakiem mrozu i śniegu. W domu bałagan, bo jak zwykle pakowałem się w ostatniej chwili no i „jet lag”, znacznie gorszy w tę stronę niż w tamtą. Rano do pracy.

Cieszę się, że pojechałem do Polski, chociaż na tak krótko (to przez ten calgaryjski wirus pracy). Nie zmienilo się w kraju wiele od ostatnich dwóch lat. Pociągi pomalowane na weselsze kolory, autobusy podmiejskie zatrzymują się nawet poza przystankiem, jak ktoś nie zdążył, ludzie chyba trochę bardziej smutni i zaaferowani (może to zimowa depresja), kierowcy świetni, uprzejmi, jeżdżący z głową i pomagający sobie zarówno w Warszawie jak i w Krakowie. Uwaga na krakowskich taksówkarzy. Pierwszy kurs z dworca do hotelu kosztował mnie 25 zł., drugi, na dworzec: 12 zł. Trzeci tylko 9 zł. I to wszystko na licznik. Hm.... Kraków piękny i z duszą, Warszawa to trochę jak Ottawa. Fajnie pobyć trochę w Kraju, tylko, że to tak strasznie daleko... Następnym razem będę leciał przez Toronto i LOT-em. Wygoda i obsługa w tak długim locie bije na głowę te kilkadziesiąt dolarów oszczędności, No i nie ma po drodze Frankfurtu.

Ze znowu mroźnego Calgary

Marek Mańkowski

2-Feb-07 "Goniec"
   

Marek Mańkowski

 Gazety: Goniec , Nowy dziennik (Nowy York)
©Marek Mańkowski