Wprowadzenie
Biografia
Najnowsze Artykuły
Albumy
Archiwum
Polecam
Kontakt
 

POCZYTAĆ W CALGARY

Nie współczuję ludziom, którzy nie mają potrzeby czytania książek. Namawianie ich to tak jak próba wytłumaczenia ślepemu od urodzenia jak wygląda świat. Możemy używać wszystkich znanych słów, ale one i tak nie mają dla żadnego odpowiednika w wyobraźni ślepego. Nie mówię tu o podręcznikach, czy gazetach. Mówię o książkach, w których czasem fikcja, a czasem rzeczywistość opowiada historie z życia ludzi. Mówię o bajkach czytanych dzieciom do poduszki, mówię o całym tym wyimaginowanym świecie, czasem pięknym, czasem okrutnym, dobrym i złym, jak w życiu. Mówię o opisach dalekich światów, kolorów, ludzi i pejzaży. Pamiętam, gdy byłem dzieckiem, nie chodziłem jeszcze do szkoły, gdy mama czytała mi piękne bajki. W jaki wspaniały kolorowy świat przenosiła mnie wyobraźnia. Któregoś dnia zachorowałem, rodzice byli w pracy, babcia na zakupach. Wziąłem baśnie do ręki, były z pięknymi realistycznymi obrazkami (nie wiem skąd niektórym ilustratorom książek dla dzieci przychodzi do głowy, że dzieci lubią obrazki schematyczne, bo same tak rysują. To bzdura. Wymyśli to ci, którzy nie potrafią narysować chociażby realistycznego człowieka czy konia i próbują forsować swoje „piccasowskie” opcje. Pokażcie maluchowi obrazek z filmu Disneya i któryś z prostackich bohomazów z większości obecnych książeczek dla dzieci. Zobaczycie, do którego obrazka dziecko wyciągnie rączki. Niestety beztalencia wzięły się za ilustrowanie książeczek dziecinnych i swoje beztalencie tłumaczą wymyśloną ideologią).

 

I zacząłem się uczyć czytać. Po kilku tygodniach już mi nawet nieźle szło i od tamtej pory nigdy nie rozstawałem się z książką. Zanim jeszcze poszedłem do szkoły. Nie jestem żadnym geniuszem, po prostu była to potrzeba. Uczniem z polskiego byłem zawsze dość miernym, rzadko powyżej trójki, ale książki czytałem zawsze. W łóżku pod kołdrą z latarką, pod ławką w szkole, na auto - stopie, na koloniach. Dzisiaj nawet do pracy jeżdżę z książką i czytam ją na przerwach. Jest ze mną zawsze i wszędzie. I nie mogę być w tym odosobniony, bo wystarczy popatrzyć na półki księgarni i masę towaru, który tam jest. Gdyby nie było popytu nie było by podaży. Gdy poznałem angielski na tyle, że mogłem swobodnie czytać otworzył się cały nowy świat książki. Nie zrozumieją ci wychowani po roku 1990. Przedtem nie było tak masowych tłumaczeń na polski jak teraz. W Kanadzie idę sobie do „Chapters” kupuję kilka książek na zapas i nigdy się jeszcze nie zdarzyło bym był bez książki. Raczej zapomnę kupić chleba. Moja małżonka przyjechała do Kanady pół roku temu. Jej angielski jest jeszcze „kulawy” a podejście do książek ma takie jak ja. No może jest to inny rodzaj literatury niż mój, ale czyta chyba jeszcze więcej niż ja. Czyta po polsku. Gdy wykończyła już moją całkiem sporą bibliotekę i zbiory wszystkich znajomych, zaczął rysować się problem. I przyszedł z pomocą przypadek, a może i nie, bo Beatka od jakiegoś czasu suszyła mi głowę o polską bibliotekę. To nie do wiary, ale ja, taki mól książkowy nie wiedziałem, że polska biblioteka jest w zasięgu ręki. Niewielki napis w sali parafialnej polskiego kościoła głosił „BIBLIOTEKA”, tak zwyczajnie. Gdzie ja miałem oczy, chyba w książce…

Zaszliśmy po długich schodach do piwnicy Sali parafialnej, a tam raj. Charakterystyczny zapach starych woluminów, książki rozłożone na stołach, książki na półkach. Tysiące i tysiące.

Przy pierwszym stole siedzą dwie panie: p. Marzena Oleszczuk i p. Grażyna Wojciechowska. Są tam, co tydzień w niedzielę, tak długo jak trwają msze. Antyczne kartoteki czytelników i książek dodają atmosfery. Zapisaliśmy się oboje. Panie sprawnie wypełniły druczki i już Beata była w swoim żywiole. Mogła wziąć trzy książki. Przeczytała je do środy i nie mogła się doczeka niedzieli. W niedzielę zapisaliśmy jeszcze córkę i książek można już było wziąć więcej. W tym tempie Beata przeczyta te wszystkie książki i co dalej? No cóż mam nadzieję, że do tej pory pozna na tyle angielski by mogła czytać. A może ktoś w Domu Polskim przypomni sobie, że w pudłach w pakamerze na piętrze Domu Polskiego znajduje się następne tysiące książek, które kiedyś stanowiły zbiory biblioteki Związku Polaków. Wiem, że obecnie w Domu Polskim nie ma miejsca na bibliotekę, nie ma, komu jej prowadzić, ale można by te książki przekazać do Sali parafialnej właśnie. Tylko, że to się pewnie nigdy nie stanie, bo jak można oddać coś innej organizacji, chociaż też polskiej. Lepiej niech niszczeją w pudłach, prawda? Ech, ten nasz grajdołek. A przecież polska biblioteka w Calgary ma historię sięgającą początków polskiego osadnictwa w Albercie, czyli roku 1898. Wiele ze starych woluminów znajduje się w prywatnych zbiorach. Do tej pory widać na nich pieczątkę biblioteki polskiej w Calgary. Czy ktoś zaglądający czasem na półkę, gdy widzi taką pieczęć nie ma wyrzutów sumienia? Pewnie nie. Zawsze można sobie dorobić ideologię. Najważniejsze jest by udostępnić zbiory Polakom, do których te zbiory należą. Oczywiście, że przychodzą nowe książki. Czasem z darowizn, czasem zakupione w Polsce za fundusze z kiermaszu starszych książek, które już wszyscy przeczytali. Zajmują się tym teraz te dwie przemiłe panie, o których wspomniałem i chwała im za to. Mam nadzieję, że Dom Polski i Związek Polaków w Calgary otrząśnie się. Związek Polaków w Calgary powinien się otrząsnąć. Powinien wyjść z „ukrycia”. Powinny być jawne jego władze. Konia z rzędem temu, kto odnajdzie nazwiska ludzi z zarządu. Z tego, co słyszałem Związek Polaków w Calgary ( nawet nie wiem jak się po polsku nazywają, po angielsku to jest PCAC) nie ma więcej niż stu członków. Mój klub myśliwski, który założyłem w Toronto miał więcej, ale jak chętni mają znaleźć informację, do kogo się zwrócić? Komu zaproponować pomoc? Ludzie chcą rozmawiać z żywymi osobami, reprezentantami Polonii, chcą wiedzieć, kto to jest, chcą mieć, do kogo się zwrócić i TAK, chcą wiedzieć, kto odpowiada za marazm. A jeśli marazmu nie ma, to drogi Zarządzie poinformuj Polonię o tym, co robicie, a przede wszystkim, KTO TO ROBI. Z telefonami i pocztą do KONKRETNYCH OSÓB.

 

Marek Mańkowski

"Goniec" 13-20 marzec 2009

 

 
   

Marek Mańkowski

 Gazety: Goniec , Nowy dziennik (Nowy York)
©Marek Mańkowski