Wprowadzenie
Biografia
Najnowsze Artykuły
Albumy
Archiwum
Polecam
Kontakt
 

NOWA POLSKA (siedemnaście lat później)

2 kwietnia 2004

 

To nie było planowane i może dlatego doszło do skutku. Wyjazd, który dla większości jest normalny, dla mnie miał być pierwszy od siedemnastu lat. I to nie dlatego, że siedzę w jednym miejscu, wręcz przeciwnie. Przez ten czas zwiedziłem dość dokładnie Kanadę, od oceanu do oceanu, większą cześć wschodnich Stanów, Bermudy. Podróż jest dla mnie raczej normalnością niż wydarzeniem. Ale nie ta. Ta była czymś wyjątkowym i w jakiś sposób bardziej ekscytującym niż inne. Polskę widziałem całą. I to bez przesady. Biznes pomocy szkolnych, które tam produkowaliśmy i sprzedawaliśmy w Zbiorczych Szkołach Gminnych spowodował, że na przestrzeni wielu lat byłem w każdej gminie w Polsce, jechałem prawie każdą drogą i spałem w każdym ówczesnym orbisowskim hotelu. Polskę więc znałem jak mało kto, ale Polskę komunistyczną, szarą, Polskę ludzi złych na wszystko i sfrustrowanych, Polskę beznadziei w oczach większości spotykanych ludzi, choć geograficznie tak piękną. Tu w Kanadzie, oczywiście, dochodziły do mnie opinie znajomych o zmianach w kraju nad Wisłą. Opinie sprzeczne. Jednym się podobało, innym nie, jedni zachwyceni zmianami, inni jak zwykle, narzekający na wszystko. Nie planowałem wyjazdu. Nie miałem tęsknoty za krajem. Może przyczyną było to, że od dziecka przeprowadzałem się z rodzicami, a potem sam do różnych polskich miast. Nie mam miejsca jednego, w którym bym się urodził, żył, chodził do szkoły i założył rodzinę. Mam takich miejsc wiele: Słupsk, Płock, Jabłonna, Otwock, Olsztyn, Gietrzwałd. Tam mieszkałem, chodziłem do szkół, kochałem. Tam poznałem żonę, tam urodził się mój syn. Im też dałem wędrówkę po kraju, a potem po świecie i może dlatego wszędzie czujemy się dobrze. I choć z żoną nie jesteśmy już razem od lat to i z Polski i z Kanady mamy przemiłe wspomnienia razem spędzonych lat i jesteśmy przyjaciółmi. Bo z kraju wyjechałem z rodziną, żoną i dzieckiem. Nie chciałem rozłąki i czekania, wiedziałem, że razem przejdziemy to lepiej. I tak było. To też prawdopodobnie było przyczyną, że nie miałem nieprzepartej tęsknoty za krajem, za rodziną.

 Tak mijały lata, lata pełne wydarzeń, podróży, przygód. Aż pewnego lutowego wtorku a dokładnie 17 lutego 2004 kierując się, jak często w swoim życiu impulsem, wszedłem do biura podróży w budynku „Tatry” w Mississauga i zamówiłem bilet do Polski na najbliższą sobotę, czyli 21 lutego 2004. I to był początek jednej z piękniejszych przygód.

 Zaczęło się w samolocie... Nie w Biurze Podróży. Nauczony doświadczeniem wielu lotów na liniach kanadyjskich i amerykańskich poprosiłem sympatyczną panią Beatę o miejsce przy przejściu. Jestem wysoki, 186 cm i zawsze miałem problem z umieszczeniem swoich kolan za siedzeniem. A tu niespodzianka. W samolocie LOT-u przed kolanami mam jeszcze dobre 6 cali luzu i spokojnie mogę wyciągnąć nogi nie martwiąc się, że rozkładane siedzenie z przodu mi je przytnie. To mnie od razu nastawiło pozytywnie, mimo 8 godzin czekających mnie w jednym miejscu. A do tego czysto, nowocześnie i miło. Stewardessy młode, ładne i uśmiechające się do wszystkich, jedzenie bardzo dobre i aż za dużo, wino i drinki. Film na ekranie, może nie najlepszy, ale pozwalający zabić czas. Myślę ze LOT wygrałby konkurencję z każdą amerykańską czy kanadyjską linią. Nie chcę w tym artykule z nikim argumentować, piszę swoje odczucia i dotyczy to mojego całego pobytu w Polsce, a tak właśnie to czułem. Traf chciał, że leciałem razem z przyjacielem od wielu lat Andrzejem Pietruszko, choć w Polsce mieliśmy się rozdzielić, on jechał do Koszalina do rodziny, ja miałem przebywać w bardziej centralnej Polsce. To, że o tym wspominam ma swoją przyczynę, ale o tym później.

 Lądowanie było bez zarzutu, oklaski dla pilota jak w każdym locie, to uwolnienie napięcia (znowu się udało...). Pasy startowe i drogi dojazdowe jak na każdym innym lotnisku.  Budynku portu nie rozpoznaję. Tego nie było, gdy tu mieszkałem. Ale napis WARSZAWA nie pozostawia wątpliwości. Wejście do rękawa znowu jak na tysiącu innych lotnisk, a ja przecież pamiętałem autobus i wysokie dojazdowe stopnie. Mimo woli czuję się jak w domu. Wszystko takie znane i normalne, jak w Kanadzie. I tu uderza mnie myśl: przecież to Polska, ta szara i biedna, którą zostawiłem prawie 20 lat temu, wita mnie teraz normalnością światowego portu lotniczego. Czysto przestronnie, nowocześnie. Odprawa paszportowa. Za szybą pamiętany zielony mundur, ale znowu różnica: zamiast podejrzliwego spojrzenia UB-ka i ponurej miny, uśmiech i życzliwość i profesjonalność. Pytania, znowu jak wszędzie indziej, krótkie i już przechodzę dalej po bagaże. Nie czekałem długo, odebrałem walizkę i torbę z karuzeli i idę do odprawy. Z daleka widzę dużą planszę z napisem „NIC DO OCLENIA”, idę tam i nagle znajduję się na zewnątrz, gdzie czekają stęsknione rodziny. Nikt mi nie kazał otwierać walizek, nie zadawał pytań, nie szykanował jak to było za komuny, a co było moim wspomnieniem z dawnego kraju. Trochę oszołomiony wpadam prosto na stryja, który przyjechał po mnie z moimi braćmi. Tak się złożyło, że tydzień wcześniej powrócił z Iraku po trzymiesięcznej turze i mogliśmy się spotkać. Weszliśmy na kawę do lotniskowej kafejki, czystej z przemiłą obsługą i... Drogiej jak w każdym porcie lotniczym. Po kawie jeden z braci, Krzysztof poszedł po samochód, a my ruszyliśmy do wyjścia. I znowu uczucie jak bym był na lotnisku Pearsona w Toronto. Owszem mniejsze, ale podobne podjazdy dla samochodów, nawet garaż kilkupoziomowy po drugiej stronie wygląda tak samo. Policja  też wygląda inaczej niż ją pamiętałem, inne mundury inne twarze, inne oczy. Podjechał brat, samochód, Nissan Pathfinder. To nie mały fiat, którym przejechałem kiedyś ten kraj wzdłuż i wszerz. Znowu uczucie jak bym był w Kanadzie. Jedziemy. Ulicę Żwirki i Wigury znałem dobrze, pracowałem przecież 4 lata w Polmozbycie na ul. 1-go Sierpnia, ale nie poznaję jej. Kolorowe domy, ogromne reklamy, nowe budynki. Jedziemy najpierw na Stegny by zostawić stryja Mariana, który ma jakieś umówione spotkanie. Potem na Siekierki do firmy Krzysztofa gdzie czeka na mnie jego Volvo, które mi odstąpił na prawie cały okres pobytu. Przekładamy bagaże i ruszam w drogę, już samodzielnie do Otwocka, gdzie czeka moja stęskniona mama. Odwożę jeszcze drugiego brata, Andrzeja do Wawra. Nie poznaję Warszawy, niby ta sama Wisłostrada a jednak inna. Nagle coś zupełnie nowego, wjazd na most, ale nie Trasa Łazienkowska tylko Most Siekierkowski. Szok. W ogóle nie wiedziałem, że taki most jest. Piękny, wiszący na pomarańczowych linach, nowoczesny, cieszy oko ciekawą architekturą. Jedziemy dalej, nie wiem już jaką ulicą. Szeroka, wielopasmowa. Nie rozpoznaję miasta, w którym żyłem 15 lat. Fakt dawno temu, ale jednak. Wreszcie Wawer i droga przy torach pociągów podmiejskich. To już bardziej podobne do tego, co pamiętałem, ale tylko z nazw. Kolorowe odnowione budynki, całe płoty, nowe sklepy, jakieś ronda, których nie było. Samochodów dużo, więcej niż kiedyś to zrozumiałe, ale w większości nowoczesne, niewiele starych, które pamiętałem. No i Otwock. Miasto, w którym spędziłem prawie 15 lat. Znowu inaczej, kolorowo, moje stare bloki na ul. Sportowej odnowione, cieszące oko kolorowymi ścianami. Wyobrażam sobie jak muszą ładnie wyglądać w zieleni lata. Parkuję samochód, biorę bagaże i idę do swojej dawnej klatki schodowej. A tu na dole intercom i magnetyczny zamek i trzeba dzwonić by wejść do budynku. Kanada. Dzwonię, głos mamy, otwarte drzwi, wędrówka po schodach na czwarte piętro i mieszkanie, w którym spędziłem swoją młodość. Mama szczęśliwa, chce mi pokazać wszystko na raz i jednocześnie nakarmić i położyć spać i opowiedzieć i zaprosić sąsiadów.

 No i rozpoczyna się cykl spotkań z ludźmi, których tak dawno nie widziałem, z dziećmi, które dorosły i mają dzieci, z dorosłymi, których czasem nie rozpoznaję. W poniedziałek wyruszam w drogę do Ciechocinka, gdzie przyjaciel z dawnych lat, z którym zjeździłem cała Polskę ma swój pensjonat - Willa Paradise. I znowu jadę Mostem Siekierkowskim i Wisłostradą na Gdańsk. Po drodze kolejna niespodzianka, tunel, tego też nie było. Potem autostrada, chyba, chociaż ze zdziwieniem widzę na niej ni z tego ni z owego przejście dla pieszych, potem znowu i znowu. Hm, dziwne, ale co kraj to obyczaj. Mijam Łomianki, Modlin, Zakroczym, skręcam na Płock. W Płocku też kiedyś mieszkałem. Jadę szybko, dobrze ponad 100 km na godz. Ale czuję się bezpiecznie. Może szosa nie jest zbyt szeroka, ale nie jest tak źle jak mnie straszono. Właściwie to lepiej mi się jeździ niż 20 lat temu, pomimo znacznie większej ilości samochodów. Wjazd do Płocka to kolejny szok. Nowoczesne wieżowce, markety, szerokie ulice, nie wiem, jakim cudem udaje mi się odnaleźć starą drogę na Gąbin czy Gostynin, już nie pamiętam i potem na Włocławek i Toruń. Wiele razy przejeżdżałem w przeszłości tą trasą, ale nigdy nie zboczyłem do Ciechocinka, który jest parę km w bok od głównej szosy. Teraz, na stacji benzynowej kupiłem plan miasta i tak znalazłem pensjonat Willa Paradise, gdzie czekał przyjaciel Marek (Czarny) ze swoja młodą dwudziestoparoletnia małżonką Roxaną, której nigdy jeszcze nie miałem okazji poznać osobiście. Gości w pensjonacie akurat nie było, bo to przed sezonem, więc byliśmy sami. Zobaczyć się po tylu latach to duża niespodzianka. Czarny, choć młodszy ode mnie raptem o 2 lata dalej wszystkie włosy miał czarne, od czego wziął się jego „nick name”. Nasza znajomość datuje się od 1968 roku, kiedy to razem podrywaliśmy moją przyszłą żonę. Opowieści płynęły jak z rękawa. Dołączyła do nas Ewa Dolińska, koleżanka Roxany, śliczna dziewczyna, która została później moim przewodnikiem po Ciechocinku, toruńskiej Starówce, Chełmży i Kujawach. Dzięki niej zobaczyłem od nowa świat, który od tak dawna był już dla mnie tylko wspomnieniem. Dzięki Ci za to dziewczyno, za poświecony czas i cierpliwość, za to, że znowu czułem się młodo.

 

Jadąc z Ewą z Ciechocinka w stronę Torunia po tzw. międzynarodowej trasie, zauważyłem ciekawą rzecz: jadące wolniej ciężarówki zjeżdżały na pobocze (asfaltowane) by przepuścić szybsze samochody. Odnosiłem się do tego z rezerwą, ale w końcu powiedziałem Ewie, że jak ginąć to z ładną dziewczyną i ruszyłem też na trzeciego jak inni. Szło dobrze, szybkość przejazdu wzrosła i dopiero w drodze powrotnej naliczyłem ok. 6 krzyży przy drodze, oznaczających tych, którym się nie udało. No cóż, jestem z powrotem w Kanadzie, więc chyba mam szczęście. Będąc w Ciechocinku miałem oczywiście okazję zobaczyć słynne tężnie. Nie wiedziałem, że zostały one wzniesione z inicjatywy Stanisława Staszica. Mimo wczesnej wiosny, dużo ludzi spacerowało wokół nich wdychając jod czy co tam jest do wdychania. Oczywiście byłem też z Ewą na Deptaku ciechocińskim uwiecznionym w piosence Danuty Rin. Również i tu zmiany dawały  się zauważyć na każdym kroku, markety, kawiarnie, ładne sklepy, bankowe maszyny, w których mogę używać kartę z TD Bank Canada, żeby pobrać pieniądze. Kanada. W niewielkim Ciechocinku przekonałem się też po raz kolejny jak mały jest Świat.

 Pobyt w Ciechocinku nie dłużył się. Potwierdziło się, że Czarny jest wspaniałym kucharzem i szefem w swojej własnej kuchni w Pensjonacie. Pewnego poranka siedzieliśmy w barze przy kawie, gdy przyszedł kolega Czarnego, siadł z nami, zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że Andrzej, (tak miał na imię) ma kolegę w Kanadzie w Toronto, zapytałem jak się nazywa, ot tak sobie i tu niespodzianka, ten jego kolega to Andrzej Pietruszko, mój przyjaciel, z którym leciałem parę dni temu razem do Polski. Ja na Kujawach, on w Koszalinie, a spotykam wspólnych znajomych w Ciechocinku. Świat jest mały.  W środę rano wyruszyliśmy z Czarnym i Roxaną, jego żoną do Olsztyna, by tam w gminie Gietrzwałd odwiedzić miejsce gdzie spędziliśmy trzy lata – Lopkajny.

Lopkajny to oddzielna historia i przygoda. To 110 hektarowa farma, na którą przeprowadziliśmy się w dwie rodziny, wyremontowaliśmy budynki, założyliśmy warsztat pomocy szkolnych. Mieliśmy tam krowę imieniem Mrówka, owce Pikę, gąsiora Filipa, jamniczkę Bajkę, wilka Szeryfa, 11 kotów, których imion nie pamiętam, i 30 kur bez imion, co i dobrze, bo okazały się kogutami. To wszystko było już historią, ale chciałem zobaczyć jak to teraz wygląda.

Było to prawie 200 km jazdy, pogoda nie najlepsza, ale znowu przyjemne zaskoczenia po drodze. Wszędzie nowoczesne stacje benzynowe z kawiarenkami i sklepikami. Wszystkie czyste pełne towaru i z uśmiechniętą obsługą. Dotarliśmy na Lopkajny drogami wśród drzew, wąskimi i dziurawymi. To się wiele na Warmii nie zmieniło. Jeszcze tylko 1.5 Km przez las, pod górę, i już widać nasze dawne „gospodarstwo”. Miły widok, odremontowane budynki, widać, że szykowane za zajazd, uporządkowany teren. Wjeżdżam przez nową bramę, z tyłu widzę dwóch robotników, poza tym nikogo. Podchodzę do nich, jeden wydaje się znajomy, ale jakiś młody. Nagły nawrót pamięci, pytam czy to on skakał z traktora z nożem na dziki? Nie to nie on, to jego ojciec, dlatego podobny, choć młodszy. No cóż, w takich momentach przypomina się, że czas płynie. . .

 Potem jedziemy do Olsztyna, to tylko 20 km, już się chyba przyzwyczaiłem, że wszystko wygląda inaczej niż pamiętam. Znowu nowe dzielnice, drogi, sklepy, wszystko ładne i kolorowe. Wracając zajeżdżamy jeszcze do dawnych znajomych pod Gietrzwałdem, Ewy i Jana Szombarów. Ich dom pięknie odremontowany prezentuje się jak spory dworek, wśród pól, warmińskich wzgórz, nad niewielką rzeką. Początkowo nie poznają mnie, to tyle lat, a potem rozpoznanie i radość, i zastawiony natychmiast stół i opowieści i wspominanie i poczucie bycia w domu. Szombarowie prowadza teraz tzw. „enviromental farm”, czyli przyjmują gości, którzy chcą spędzić wakacje na prawdziwej wsi. Ich letnicy przyjeżdżają głównie z Francji, maja już stałych klientów i chyba im jest dobrze. Przyjechała też z Olsztyna siostra Ewy, Ela i mieliśmy naprawdę dobry czas, ale niestety trzeba było jechać dalej.

 Z powrotem jedziemy przez Toruń, gdzie na starym mieście córka Czarnego, Basia z mężem Pino Napolitano(Włochem) mają dwie stylowe restauracje, „Napolitano” i „Vesuvio” obie na ulicy Mostowej. Weszliśmy do „Vesuvio” w starej piwnicy starego miasta, wyglądało to super i prawdziwie. Czarny zadzwonił po córkę i kilkanaście minut później weszła Basia. Pamiętałem ją jako dwunastoletnią dziewczynkę, ale poznałem od razu. Ta sama twarz. Szczupła, zgrabna, śliczna usiadła z nami, pochwaliła się synem, no tak, dawne dzieci mają dzieci, czas płynie. Potem powrót do Ciechocinka, parę drinków i spać.

 Następnego dnia zwiedzanie Torunia z moją śliczną przewodniczką Ewą, a wieczorem małe pożegnalne party. Rano do Warszawy i Otwocka, gdzie znowu nie może się doczekać moja mama. Mama pracowała kiedyś jako sekretarka w różnych firmach i teraz zastałem w domu wszystkie wiadomości i telefony zapisane i posegregowane, z zaznaczeniem tych ważniejszych. A oprócz tego wszystko czyste i wyprasowane, obiadek pyszny na stole, łóżko posłane. Nie ma jak u mamy. Zupełnie jak w tej piosence Młynarskiego. To było bardzo przyjemne uczucie, tym bardziej, że mama zawsze uśmiechnięta, wesoła nie narzekająca na nic, co tak często zdarza się wśród Polaków. To była prawdziwa przyjemność być znowu w DOMU.

 Następnego dnia musiałem oddać samochód do terminowego przeglądu, więc z Warszawy do Otwocka wróciłem podmiejskim pociągiem. Tu chyba zmieniło sie najmniej, chociaż dworzec Warszawa – Śródmieście kolorowy od tysięcy czasopism w wielu stoiskach i kioskach. Podmiejskie stacyjki jak Wawer, Międzylesie, czy Falenica, nie zmieniły się  dużo. Takie same odrapane i może trochę bardziej brudne, ale wcale nie wyglądały gorzej niż niektóre stacje metra w Nowym Yorku.

 Idąc na górę do mieszkania mamy, spotykam dziewczynę. Twarz znajoma, coś mi się kojarzy, pytam skąd mogę ją znać, bo za młoda na moje czasy w Otwocku. Okazuje się, że to siostra kolegi, która była jeszcze dzieckiem, gdy wyjeżdżałem, teraz piękna, dorosła, z klasą. Umawiamy się na herbatę, poznaję jej córkę, którą wychowuje sama. Znowu zderzenie z czasem. To Marzena Kalinowska. Obiecuje, że pomoże mi się poruszać po Warszawie i okolicach. Mam wyjątkowe szczęście. Ma samochód, Opel, wygodny. To wielka pomoc z jej strony, bo mam sporo miejsc do odwiedzenia. Między innymi spotkanie z prezesem Stanisławem Lisem, którego poznałem w Toronto, gdy był z wizytą biznesową na początku roku. Zaprzyjaźniliśmy się wtedy, mamy też do omówienia kilka interesów. Spotykamy się w Warszawie w hotelu Victoria. Umawiamy się na kolację za tydzień, bo jeszcze wracam na trochę do Ciechocinka.

 Przedtem jednak staram się odnaleźć przyjaciół z dawnych lat, Krzysztofa i Basię Pytlów, których córka Zuza była „narzeczoną” mojego syna Marcina w przedszkolu otwockim. Odnajduję ich  w Świdrze. Basi i Krzysztofa niestety nie ma, wyjechali na narty, ale Zuza jest. Gdy na mój dzwonek otwiera drzwi pięknego domu na jednej z uliczek Świdra, poznaję ją od razu. Twarz prawie się nie zmieniła, szczupła, super figura. Jest już mężatką, ma sześcioletniego syna, po którego idziemy razem do przedszkola a przecież to ja ją często do przedszkola zaprowadzałem. Nie czuję na sobie ciężaru tych lat, które minęły i dopiero po tych już dorosłych dzieciach widzę, że czas płynie. Nagrywam to wszystko na kamerę, pokażę synowi zmiany, on też jeszcze nie był w kraju od wyjazdu.

 W Otwocku odwiedzam brata mojej ex-małżonki, Andrzeja Szczerbę. I znowu nie mogę uwierzyć. Jego córka Karolina, która była niemowlęciem, gdy wyjeżdżałem to teraz piękna 18 – letnia dziewczyna, szczupła zgrabna, właśnie zdaje maturę.

 W niedzielę wieczorem jestem zaproszony na obiad do domu w Świdrze, z którym wiążą się pewne wspomnienia. Dawno temu, gdy jeszcze chodziłem do Liceum w Otwocku, mieszkała tam dziewczyna Ania, w której się kochałem, i gdzie spędzaliśmy wiele godzin razem, podczas których Ania opowiadała mi o tym jak jest nieszczęśliwie zakochana... W innym. Ania wyszła później za mąż i wyjechała na stałe do Niemiec. Na obiad jadę z Marzeną. Okazało się, że przyjaźni się ona z Kasią, siostrzenicą Ani, która teraz mieszka właśnie w tym domu.

 Kasię znowu pamiętam tylko jako dziecko, ale pamiętam dobrze, bo na zawsze stała się dla mnie synonimem tego imienia. Była prawdziwie rozkosznym trzpiotem, zawsze wesoła, uśmiechnięta i urwis, jakich mało. Kiedykolwiek w życiu spotkałem dziewczynę o imieniu Kasia, to zawsze przypominało mi się to dziecko. A teraz? Wesołość i wspaniały charakter pozostał, ale to już nie dziecko. Wyrosła na piękną dziewczynę, ma wspaniałego męża Roberta Kosińskiego i dzieci. Zapraszając mnie kilka dni wcześniej powiedziała, że czeka mnie niespodzianka.

 Podjeżdżamy wieczorem z Marzeną, wchodzimy do domu, witam się z domownikami i kogo widzę? Ania. Właśnie przyjechała na tydzień czy dwa do rodziny. Ania jest oczywiście w moim wieku, ale niejedna nastolatka z Ameryki pozazdrościłaby jej figury i wyglądu. Wiem, że się powtarzam w określeniach i opisach polskich dziewcząt, że są szczupłe ładne i zgrabne, ale prawdą jest, że w Ameryce większość kobiet jest delikatnie mówiąc dobrze rozwinięta cieleśnie i kontrast jest naprawdę duży w porównaniu z Polską.

 W jakiś sposób zamknęło się koło życia. Jestem w miejscu, które pamiętam z przed 34 lat z osobą, z którą to miejsce zawsze mi się kojarzy. Życie potrafi płatać nam miłe niespodzianki. Umówiliśmy się na spacer na drugi dzień rano by powspominać dawne czasy i wędrując jak kiedyś przez leśne ścieżki i nad rzeką nagle się okazało, że nawet zimą może być zielono.

 We wtorek jestem zaproszony na kolacje w Warszawie. Jadę tam z Marzeną jej samochodem. Restauracja bardzo stylowa, w centrum Warszawy, jesteśmy pierwsi, niedługo potem wchodzi  prezes Stanisław Lis z panią Małgorzatą Sajdak. Panią Małgorzatę znam również z Toronto z delegacji Instytutu Współpracy z Zagranicą, której przewodniczył prezes Lis. Cieszę się, że się znowu spotykamy. Kolacja jest fantastyczna, pyszne jedzenie, wino, hiszpańska muzyka w wykonaniu zespołu i rozmowa w towarzystwie dawno nie widzianych przyjaciół.

 Na drugi dzień przyjeżdża Czarny z Roxaną by odwiedzić rodziców. Rodzice Czarnego mieszkają na tej samej klatce schodowej, co moja mama. Oczywiście ich też odwiedziłem i też przyjęli mnie kolacją.

 Następnego dnia pojechałem z Czarnym i Roxaną jeszcze na parę dni do ich pensjonatu.Tam, w Ciechocinku jednego popołudnia, gdy siedziałem przy Internecie sprawdzając pocztę, wchodzi do pokoju Czarny, mówi, że przyszli goście i pytają o obiad, a przecież restauracja jest po za sezonem zamknięta. Pytam, czemu mi to mówi a on na to, że oni powołują się na mnie... Wychodzę zdziwiony i kogo widzę? Panią Jolę Kwiek, którą poznałem, gdy była z delegacją Instytutu Współpracy z Zagranicą w Toronto. Mówiłem jej wtedy o ciechocińskim pensjonacie kolegi zachwalając jego kulinarne zdolności, ale nigdy nie myślałem, że się tu spotkamy. W ogóle nie myślałem wtedy jeszcze o wyjeździe do Polski. Była to przemiła niespodzianka i absolutny przypadek. Pani Jola przyjechała z mężem Markiem odwiedzić ojca w sanatorium i pamiętała o naszej rozmowie. Czarny oczywiście zaraz się wziął za przygotowanie obiadu, znalazła się też „ostrzałka” (wszyscy myśliwi wiedzą, co to jest, używają jej do wyostrzenia wzroku, a maż pani Joli to właśnie myśliwy). Znowu się okazało jak mały jest Świat.

 Następnego wieczoru znowu pożegnalne party dla mnie. Tym razem już ostatnie, rano wyjeżdżam do Warszawy. Tzn. wyjeżdżamy, bo zawozi mnie Czarny, a z nami Roxana i Ewa, która też chciała zobaczyć Warszawę. Czas przyspiesza niesamowicie. Coraz mniej czasu i coraz więcej do zobaczenia.

 Dziewiętnaście dni, na które przyjechałem i które myślałem, że wystarczą aż zanadto, okazały się chwilą. Jeszcze wizyta u braci w Łomiankach i Konstancinie i u stryja na Stegnach by wysłuchać jego irackich opowieści i oczywiście cmentarz, gdzie od 1986 roku leży pochowany mój ojciec i rodzice mojej ex-żony i niektórzy z moich przyjaciół.

 Nie wiadomo kiedy przyszła środa rano. Czas na samolot. Czas wracać. Nie chcę pożegnań na dworcu lotniczym. Z mamą żegnam się w domu. Widzę, że wstrzymuje łzy, ale jest dzielna i uśmiechnięta. Już mówi o tym jak mnie przyjmie we wrześniu. Tak, we wrześniu. Jak nie jeździłem to nie, a teraz proszę, dwa razy w roku.

 To była dobra decyzja by pojechać do kraju. Miałem wakacje i dobry czas. Wiem, że wielu będzie wybrzydzało, że widziałem tylko powierzchnię, że Polska to również kraj ludzi biednych i nieszczęśliwych. Że politycy nieuczciwi, że nie ma pracy, że... że... że... I co z tego?. W Kanadzie też są nieuczciwi politycy. Akurat przed moim wyjazdem wyszła na jaw wielka afera zdefraudowania milionów przez niektórych polityków. Na całym świecie są głodni ludzie i ludzie bez pracy. Czy to znaczy, że mam widzieć tylko rzeczy złe i tylko o nich myśleć? Nie pojechałem naprawiać kraju na swoje wyobrażenie, co wielu naszych rodaków Polonusów usiłuje zrobić. Polska rządzi się teraz sama. Wybory są prawdziwe. My, żyjący od lat za granicą nie mamy prawa dyktować Polakom z kraju sposobu na życie. Jeśli ktoś czuje do tego powołanie i chce coś zmienić to niech wraca i ponosi konsekwencje tych zmian. Nie jest uczciwe, gdy Polacy mieszkający na stałe za granicą biorą udział w wyborach do polskiego sejmu i innych polskich władz. Nie ponosimy później konsekwencji tego wyboru, ponoszą je ludzie, którzy tam mieszkają. Nie mamy moralnego prawa układać innym życia, nie ponosząc tego konsekwencji.

 Chyba dlatego właśnie mogłem patrzeć na nową Polskę z zewnątrz. Mogłem zauważyć rzeczy dobre, mogłem się cieszyć. Prosiłem znajomych by nie mówić przy mnie o polityce. Jest u nas w Kanadzie polska prasa. Sam do niej pisze. Mamy najświeższe wiadomości z serwisu PAP i z telewizji. Możemy żyć na bieżąco wiadomościami z kraju. To już nie czasy żelaznej kurtyny. Mamy swoje opinie, które wyrażamy i słownie i na papierze. Ale żyję na co dzień w innym kraju, z innymi uwarunkowaniami i nie będę wygłaszał swoich opinii przed rodakami z kraju, bo nie żyje w ich rzeczywistości, a tym bardziej nie będę się wymądrzał.

 Ten wyjazd to był powrót do źródeł. Nie spodziewałem się aż takich zmian. Zmian zdecydowanie na lepsze. Polska była dla mnie jak te dzieci, które urosły. Tylko wtedy widać naprawdę zmianę, gdy minie wiele lat. Tylko wtedy zmiana jest naprawdę szokująca. Dlatego nie będę argumentował z tymi, którzy do Polski jeżdżą co kilka lat lub nawet co roku.  Oni nie są w stanie niektórych zmian nawet zauważyć, tak jak nie zauważa się zmian w wyglądzie codziennie widzianego dziecka.

 Zarzucano mi po powrocie, że widziałem Polskę w euforii po długiej rozłące, że nie był to obraz prawdziwy. Może tak, ale widziałem ją właśnie tak jak opisałem i nikt mi tego nie odbierze. Nie ma nic bez wad, nie ma ideału. Ważne jest byśmy umieli zauważać i cieszyć się z zalet a nie tylko narzekać. Przywiozłem z sobą obraz wspaniałych wakacji i radości, że mogłem własnymi oczami zobaczyć nowy wspaniały kraj, w którym są moje korzenie,

w którym mogłem się czuć dumnym, że jestem Polakiem i dumę tę zabrać ze sobą do dalekiej Kanady.

 

Marek Mańkowski

(opublikowane w „Dzienniku ITP.”)

 

 

 

            

 

 
 Gazety: Goniec , Nowy dziennik (Nowy York)
©Marek Mańkowski