Wprowadzenie
Biografia
Najnowsze Artykuły
Albumy
Archiwum
Polecam
Kontakt
 

Na wakacje. Z Calgary do Polski

Z Polską wszyscy jesteśmy związani emocjonalnie i trudno inaczej. Większość z nas Polonusów urodziła się tam i obojętnie jak długo mieszkamy w innych krajach nasze myśli zawsze krążą tam gdzie każdego lata pojawiają się bociany. Gdy już jedziemy tam w odwiedziny, to nawet, jeżeli nazywamy ten wyjazd wakacjami, niewiele to z odpoczynkiem wakacyjnym ma wspólnego. Dlaczego? Bo jedziemy odwiedzić przede wszystkim rodzinę. Mamę, tatę, siostry, braci. Siedzimy przeważnie w jednym miejscu, a jeśli już się przemieszczamy to od rodziny do rodziny. O ile jest to jak najbardziej zrozumiałe, gdy nie byliśmy w ojczyźnie od wielu, wielu lat, to jednak ci, którzy jeżdżą tam często mogliby by pomyśleć o spędzeniu w Polsce prawdziwych wakacji. Takich, na których się odpoczywa, robi, co chce i w miejscu, którego, na co dzień nie widzimy. Wyjeżdżamy do Meksyku, na Kubę, na Karaiby, Przecież w Polsce można spędzić wspaniałe wakacje, w ciszy i spokoju, lub w gwarze zabaw, jak kto lubi. W tym roku spędziłem takie właśnie wakacje. Przypadkiem dowiedziałem się o leśniczówce, w której wynajmowane są pokoje z wyżywieniem, czyli trochę jak pakiety wakacyjne w tropikach. Leśniczówka ma stronę, internetową ( kto jej nie ma w dzisiejszych czasach). Na tej stronie można zobaczyć jak wygląda i co tam jest. To oczywiście zawsze wielka niewiadoma, bo zdjęcia często nie oddają rzeczywistości. Zadzwoniłem tam miesiąc przed przyjazdem, umówiłem się, kiedy będę i trochę nie wierząc, że to dostanę, zapytałem na wszelki wypadek o koordynaty GPS, czyli długość i szerokość geograficzną. O dziwo pan leśniczy przesłał mi je Internetem tak ze mogłem to wprowadzić do swojego podręcznego GPS (Global Positioning System). Takie małe urządzenie, które łączy się z satelitami i określa naszą pozycje, a gdy wprowadzimy dane geograficzne miejsca to pokazuje odległość i kierunek. Nie mówię tu o GPS instalowanych w samochodach, gdzie jest to skoordynowane z wyświetlanymi drogami czy ulicami. Ja zbyt często poruszam się po bezdrożach i dróżkach, których na żadnych mapach nie ma. Leśniczówka znajdowała się w puszczy w pobliżu Olsztynka i nie przypuszczam, że leśne dukty, które do niej prowadzą są na którejkolwiek GPS-owskiej mapie. Na wszelki wypadek miałem też normalną mapę drogową, na której leśniczówki nie było, ale był Olsztynek i Nidzica i Olsztyn a właśnie w tej okolicy miała się znajdować. Przyzwyczajony do kanadyjskich odległości liczonych w setkach i tysiącach km, 15-sto kilometrowa odległość Leśniczówki od Olsztynka wydawała się niewielką. Wiedziałem tez, że z Olsztynka trzeba jechać na Szczytno i gdzieś tam po 15 km skręcić w prawo (chyba). Samochód, którym jechałem to niewielki osobowy Opel Corsa z dieslowskim silnikiem. Jechałem z Beatą, dla której ta leśniczówka miała być niespodzianką. Ona właśnie wspomniała mi o niej słysząc z kolei o tym od swoich znajomych. W Nidzicy zjedliśmy lunch w przydrożnym zajeździe zaraz potem wpadła mi do głowy myśl, by nie jechać przez Olsztynek, co wydawało mi się dookoła, tylko pojechać według GPS od Nidzicy. Pierwsza próba nie powiodła się. Wąski asfalt po kilku kilometrach zaczął prowadzić w niewłaściwym kierunku. Druga próba była lepsza, ale wkrótce zawiodła nas na leśne dukty. Beata pilnowała kierunku na GPS. Kilka razy zawracaliśmy, bo droga zaczęła prowadzić w przeciwnym kierunku, miejscami koleiny i błoto niezupełnie nadawały się na jazdę dla osobowego autka, które jednak radziło sobie dzielnie jak by było jeepem. W pewnym momencie naszej drogi stało się jasne, że już nie ma odwrotu. Po tylokrotnej zmianie kierunku nie byłem w stanie zapamiętać drogi powrotnej przez te wszystkie dukty leśne. Pozostało tylko znaleźć leśniczówkę, albo nocować w samochodzie. Odległość jednak ciągle się zmniejszała i w pewnym momencie wynosiła 50 metrów, ale dookoła tylko las. Już zacząłem wątpić w prawidłowość podanych mi koordynatów, gdy przez drzewa zamajaczyła stylowa brama a za nią dom z czerwonej cegły.

 

Całość tak ukryta w lesie, że dopiero z ok. 30 metrów widać było zabudowania. To była właśnie leśniczówka „Jednorożec”.

I tu niespodzianka. To wyglądało jeszcze lepiej niż na zdjęciach Internetowej strony. Weszliśmy do środka. Czekał na nas przygotowany pokój i spóźniony obiad. Pokój przestronny, widny z dużym balkonem. Telewizja satelitarna, bezprzewodowy Internet. Wysoka technika w środku lasu. To był wspaniały pobyt. Na śniadanie, obiad i kolację wzywał nas ręczny dzwonek. Doskonałe, proste jedzenie przygotowywane przez miejscową gospodynię w ilościach zaspakajających największe apetyty. Zapytaliśmy o grzyby. Gospodyni poradziła żeby szukać przy drodze. Oczywiście nie posłuchaliśmy i poszliśmy w las.

Było pięknie, ale wszystkie grzyby, jakie znaleźliśmy to przy drodze właśnie. Sadzą je tam czy co? A może to dla wygody gości? W zabudowaniach leśniczówki przeróżne zwierzaki. Wielkie króliki, perliczka, bardzo niezależny pies, ogromny kogut, dwa konie do jazdy, psotnica koza z jednym rogiem mająca swój własny domek i parę kotów. Cisza głębokiej puszczy, wspaniałe powietrze, wspaniały odpoczynek.

Właścicielem leśniczówki „Jednorożec” jest pan Ryszard Żuk. Adwokat, który zostawił praktykę i zaszył się w olsztyńskich lasach. Ma również zajazd koło Nidzicy, który prowadzi żona, ale chce go sprzedać i trzymać tylko leśniczówkę. Otoczenie i wystrój bardzo stylowe i cieszące oko, a jednocześnie zachowujące naturalny wygląd. Leśniczówka ma cztery gościnne pokoje i oddzielną gajówkę. W pokojach są łazienki. Pełny komfort a jednocześnie natura wiejskiego życia. Całym sercem mogę polecić to miejsce. Czy będzie się tam samotnie, z dziewczyną, czy z dziećmi, nie da się nudzić, a wypoczynek nie do zastąpienia. Nie łatwo tam trafić, ale to też zaleta. Przybywają tam tylko ci, którzy wiedzą. Ja miałem szczęście. Telefon do Leśniczówki Jednorożec (89) 519-9115.

Nie każdy lubi spędzać czas w lesie. Pomijam tu typowy wyjazd nad morze, czy w góry, chociaż ma on tez swoje niezaprzeczalne uroki, ale są w Polsce miejsca mało znane, w których jeszcze nie byliśmy, a warte poznania.

Takim rejonem nie do końca znanym jest położony 20 km od Olsztyna – Gietrzwałd. Mieszkałem kiedyś w tej gminie przez trzy lata i były to jak trzy lata wakacji. Teraz, gdy podjechaliśmy tam z Beatą zobaczyłem, że zmiany i tutaj dotarły. Zmiany bardzo pozytywne. Nowa szosa, omijająca miasteczko, odnowione stare domy, dobrze utrzymany historyczny kościół i seminarium i oczywiście sanktuarium Matki Boskiej, do którego raz w roku ciągnie pielgrzymka nie tylko z Polski. Jest tam również cudowne źródełko o podobno uzdrawiających właściwościach, gdzie nieuleczalnie chorzy mogą znaleźć ukojenie. To przy tym źródełku podobno ukazała się kiedyś Matka Boska. Teraz w pobliżu znajduje się zajazd i restauracja, wybudowano na błoniu drogę krzyżową i miejsce według mnie straciło swój nieprzeparty dziewiczy urok, ale woda ze źródełka ciągle płynie, i piękny stary kościół ciągle jest ten sam.

Niedaleko, dosłownie kilka kilometrów od Gietrzwałdu, po drugiej stronie szosy, w kierunku na Ostródę i kilka km polną drogą znajduje się gospodarstwo państwa Ewy i Jana Szombarów. Jest to tak zwane gospodarstwo agro-turystczne, gdzie można wynająć pokoje z wyżywieniem. Przepiękna okolica, dom wyglądający jak stary dworek, położony w dolinie z dala od szosy i hałasu. Cena za pokój 35 zł, wyżywienie 25 zł. W pokojach łazienki, na dole prawdziwy kominek w salonie, czysto i wszelkie wygody, a jednocześnie znajdujemy się na prawdziwej polskiej wsi, wśród pól, nad wijącą się rzeczką. Prawdziwa sielanka i odpoczynek, o jaki trudno w dzisiejszym zaganianym świecie. Telefon do państwa Szombarów: (89) 513-1242. Polecam, można powołać się na mnie.

Nie każdy lubi siedzieć długo w jednym miejscu, wiec można zrobić tak jak ja i po kilkudniowym pobycie jechać dalej. Bez rezerwacji hoteli, bez specjalnego planu, ot po prostu w Polskę. Hotel czy zajazd można dziś w Polsce znaleźć wszędzie. Tak też ruszyliśmy z Beatą.

Pierwszy postój w Płocku. Mam stamtąd wiele wspomnień z dzieciństwa, chociaż żadnej rodziny, ale wpadliśmy na obiad do siostry Beaty, która tam mieszka z rodziną, potem pojechaliśmy kilka km za miasto gdzie na wiosce Miszewo wychowała się Beata i gdzie na wiejskim cmentarzu leżą jej rodzice, zmarli zbyt młodo. Podjechaliśmy też jeszcze parę km dalej do Kępy Polskiej, malutkiej wioski znanej w całej Polsce z podawanych przez radio stanów wody na Wiśle, a gdzie kiedyś mieszkała babcia Beaty.

Odwiedziliśmy na krótko mojego przyjaciela Janusza z dziecinnych lat, mieszkającego teraz za miastem w pięknym domu wśród pól i już wieczorem pojechaliśmy do Łącka. Łąck jest znany z hodowli koni i pięknego jeziora. Przy samej szosie na Gostynin, tylko 7 km od Płocka, nad brzegiem jeziora znajduje się stylowy zajazd. Pokoje niezbyt drogie, 120 zł za noc, czyste nowoczesne, z łazienkami. Na dole restauracja. Rano wspaniały spacer nad jeziorem.

Potem powrót do Płocka. Tam jedyne w swoim rodzaju Wzgórza Tumskie, Katedra gdzie są pochowani królowie polscy, Władysław Herman i Bolesław Krzywousty oraz Książęta Mazowieccy. Płock to prastare miasto, o którym dziwnie mało się mówi, a jeśli już to w kontekście Petrochemi. Jego Katedra jest najstarszą budowlą sakralną na Mazowszu,

a w 1180 roku powstała tu najstarsza w Polsce i  na świecie szkoła elementarna, która istniej i działa do dziś, jako liceum ogólnokształcące im. Marsz. Stanisława Małachowskiego, popularnie znana jako Małachowianka. Szkołę tę kończyła moja siostra Izabella, kończyła ją Beata, i chodziły do niej Beaty córki. Ja wyjechałem z Płocka, gdy miałem lat 11 wiec niestety byłem za młody by do niej uczęszczać, szkoda. Poranek w Płocku był ciepły i słoneczny. Poszliśmy na Wzgórza Tumskie z przepięknym widokiem na szeroko w tym miejscu rozlaną Wisłę. Potem na stare miasto. Przypominałem sobie ulice z dzieciństwa.

Pamiętałem też bar mleczny na ul Tumskiej i nawet smak zupy pomidorowej z ryżem, którą tam często jadłem. I tu niespodzianka, bar ciągle tam był. W tym samym miejscu i taki sam jak 43 lata temu. Weszliśmy do środka, była godz. 10 rano i była zupa pomidorowa z ryżem. Oczywiście, że zamówiłem. I to był ten sam smak zapamiętany z dzieciństwa. Kochany Płock. Jeśli będziecie chcieli odwiedzić to miasto to latem polecam zatrzymanie się właśnie w zajeździe „Rusałka” w Łącku, tel.: (24) 384-1800, a w każdej porze roku w hotelu „Starzyński” tel.: (24) 366-0200, położonym na Wzgórzu Tumskim na Starym Mieście, z przepięknym widokiem na Wisłę, tyle, że cena pokoju 2- osobowego waha się od 250 do 400 zł za dobę. Oprócz uroków historii i zabytków i widoków Płock ma także wszelkie zalety nowoczesnego miasta.. Jest tam również jeden z najładniejszych ogrodów zoologicznych, jakie widziałem. Polecam.

 Ok. 10:30 rano wyruszyliśmy z Beatą z pięknego Płocka w drogę do Krakowa. Jazda samochodem po współczesnej Polsce to nie ta sprzed 20 laty. Drogi bardzo zatłoczone, Zwłaszcza na główniejszych skrzyżowaniach, z których większość to ronda. Jechaliśmy najpierw na Warszawę, potem Wyszogród z nowym, już nie drewnianym mostem przez Wisłę, Sochaczew, Żyrardów i tak pustą i szybką kiedyś (20 lat temu) „Trasę Szybkiego Ruchu” Warszawa – Katowice. Jechaliśmy niewielkim osobowym oplem corsa zarejestrowanym jako ciężarówka (to takie specyficzne dziś rejestrowanie samochodów firmowych w Polsce. Tańsze jest wtedy chyba ubezpieczenie czy coś tam). Mimo dużego nasilenia ruchu i wielkiej ilości ogromnych ciężarówek, „trafic” nie miał porównania do godzin szczytu w Toronto. Ale dwukierunkowa szosa od Wyszogrodu do Żyrardowa była jednak dość niewygodna, zwłaszcza w Sochaczewie. O dziwo, wbrew przepowiedniom różnych znajomych trasa W-wa – Katowice od Żyrardowa okazała się godna swojej nazwy. Co najbardziej uderza, nie tylko na tej trasie, ale dosłownie wszędzie i każdych drogach to nowoczesne stacje benzynowe, najczęściej z kawiarenką lub barem, czystym i z sympatyczną obsługą, gdzie można naprawdę dobrze zjeść. Ja polecam jednak dość specyficzne „placówki żywieniowe” przy drogach. Są to zwyczajne garkuchnie wojskowe umieszczone na parkingach pod dużym namiotem. Serwowana tam jest prawdziwa wojskowa grochówka, żurek, golonka, „świerzynka”. Jedzenie proste, ale o niepowtarzalnym smaku. Niech się chowają wszystkie „fancy” restauracje. Tam jest prawdziwe pyszne jedzenie. I prawdziwie polskie. To mi przypomniało tez moją przygodę z żurkiem na dworcu w Tarnowie. Zwykła dworcowa restauracja serwowała naprawdę pyszne jedzenie, a zwłaszcza żurek właśnie. Było to 2 lata temu, gdy wracałem z Forum Mediów Polonijnych. Następnego dnia w Warszawie poszedłem z koleżanką do słynnej restauracji „Bazyliszek” na rynku Starego Miasta. Mając w pamięci żurek z dworca, tu też go zamówiłem, oczekując czegoś jeszcze lepszego. Po piętnastominutowym oczekiwaniu (chyba robią świeżutki – myślałem), kelner przyniósł mi małą miseczkę zabarwionej na biało wody z rozpuszczoną kosteczką komercyjnej grzanki i jakimiś skrawkami zjełczałej kiełbasy. Nie jestem specjalnie wybredny, ale w smaku było to tak paskudne, że poprosiłem kelnera by to zabrał i posłał kucharza na dworzec do Tarnowa na naukę. Nie mogłem uwierzyć, że tak znana od dziesięcioleci restauracja może podawać takie coś. Poszliśmy na drugą stronę ryku i w jakiejś zwykłej, nie sławnej restauracji zjedliśmy coś, co zjeść się dało. Wracając jednak do naszej podróży. Zatrzymaliśmy się raz po paliwo (to niesamowite jak niewiele palą te małe dieslowskie silniki) i raz na jednym z parkingów przy wojskowej garkuchni właśnie. I nie zawiodłem się. To było prawdziwe jedzenie. A do tego niedrogie i dużo. Pogoda była piękna, słoneczna, droga mijała nie wiadomo, kiedy, bo jak wiadomo – godzina wiekiem ze złym człowiekiem, wiek godziną z dziewczyną – i Kraków był coraz bliżej. Hotel w Krakowie zarezerwowała nam Kaja. Był to ten sam, w którym mieszkałem w styczniu tego roku. Hotel Korona na ulicy Kalwaryjskiej 9-15, tel.  12 656-1566. Może to nie żadna rewelacja, ale dwuosobowy pokój kosztuje 150 zł, a na starówkę można dojść piechotą w 15 minut, przechodząc obok wspaniałego Wawelu. To trochę tak jak „bed and brekfeast” na St. Denis w Montrealu, tyle, że bez śniadania i pokoje mają własne łazienki, wiec chodziło mi bardziej o atmosferę. Tuż obok jest ośrodek sportowy z basenami i czterometrowej głębokości basen z morską wodą. W tym też ośrodku znajduje się bar gdzie na śniadanie można zjeść pyszne pierogi, żurek, schabowy i inne obiadowe dania a obsługa lepsza niż w niejednym „Hiltonie”. Do tego stopnia, że obsługujący zabrał nam cukierniczkę i dał drugą, bo stwierdził ze 10minut wcześniej siedziała przy tym stoliku młodzież i nie chciał brać szansy, że dosypali soli do cukru, co już się podobno zdarzyło,  hm...No, ale to wszystko zdarzyło się później, a dojazd do Krakowa miał jeszcze jedną „przygodę”.

Otóż wymyśliłem sobie, że najszybciej będzie dojechać płatną autostradą, odchodzącą na Kraków od „Trasy Katowickiej”. To była ogromna pomyłka. Początkowo nawet nie było tak źle. Zapłaciłem za wjazd, zupełnie jak na autostradzie w Ameryce, czy we Włoszech i było tam tylko kilka robót drogowych z niewielkim zwolnieniem ruchu. Ale, już blisko Krakowa, niedaleko lotniska Balice, znowu były „toll booth” gdzie pani żądała dalszej opłaty. Zapytałem, – za co?- Przecież już płaciłem. Okazało się, że płaciłem tylko za połowę przejazdu, teraz trzeba zapłacić znowu. No cóż, 6.50 zł nie majątek, zapłaciłem. Przejechaliśmy „bramkę” potem wjazd na rampę, noga za noga, bo dużo samochodów. Myślałem, że to tylko taki wjazd. Myliłem się. Płatna autostrada w tym miejscu i aż do Krakowa była autostradą tylko z nazwy. Ruch dwukierunkowy i w stronę Krakowa poruszający się tak, że piechotą szłoby się szybciej. Do tego jeden z kierowców ciężarówki doszedł do wniosku, że jego z prawej nikt nie będzie wyprzedzał i zablokował cały prawy pas wiodący w prawo na lotnisko. Nie pomogły prośby kierowcy taksówki, który wiózł pasażerkę na lotnisko właśnie. Taksówkarz w rezultacie wjechał do rowu i przejechał.Za nim kilka SUV. Co ciekawe, linia, którą blokował ten...hm, „kierowca” wiodła tylko w prawo, na lotnisko, a on jechał prosto.

 

Na rynek starego miasta dojechaliśmy w rezultacie dopiero ok. 22:00. Byliśmy tam umówieni z Kają i z Jarkiem. Czekali na nas i piwo smakowało wspaniale. Kraków jest piękny i żyje w dzień i w nocy. Ale zawiodłem się trochę Wawelem, gdzie poszliśmy następnego dnia. Może dlatego że tydzień wcześniej widziałem ekspozycję w Zamku Królewskim w Warszawie. Nie było nawet porównania. Wawel wydał mi się ubogi, a natłoczenie eksponatów tak wielkie, że w rezultacie nie wiadomo było, na czym zatrzymać oko. Piękna za to była katedra gdzie pochowani są królowie polscy. To naprawdę warto zobaczyć. Warto też być w Krakowie, chociaż absolutnie nie samochodem. Tuż przy rynku Starego Miasta znajduję się hotel Domu Poloni. Cena pokoju 220 zł, co nie jest specjalnie wygórowane zważywszy lokalizację.

Wieczorem jeszcze krótkie spotkanie z siostrą stryjeczną Jagodą, której nie widziałem od 40 lat i następnego dnia wyjazd do Kazimierza Dolnego.

Kazimierz Dolny. Jeśli ktoś tam nie był, to musi kiedyś pojechać, jeśli tylko potrafi odczuwać piękno. Jest wspaniale odrestaurowany, śliczne kamieniczki, domki, oczywiście studnia na rynku, niezwykle ciekawe charaktery mieszkających tam ludzi. By to poznać trzeba usiąść na kamiennej ławce w rynku, w promieniach jesiennego słońca i słuchać ludzi. Można wtedy na przykład usłyszeć rozmowę na ławce obok trzech miejscowych, już dobrze na rauszu mimo porannej godziny mieszkańców. To było niezapomniane, gdy jeden z nich o wyglądzie zbója mówi do drugiego o nie lepszym wyglądzie: „...no nie dąsaj się już ...”

Kto mówił, że w Polsce niebezpiecznie i że trzeba uważać? Chodziliśmy po lesie, po mieście, wieczorem i w nocy i w dzień, po różnych miastach, dużych i małych. I co? I dwóch typów o wyglądzie spod ciemnej gwiazdy mówi do siebie „...nie dąsaj się...”? To już na pewno niebezpieczniej pójść   na Jane i Finch w Toronto. Jeździłem w Warszawie autobusem w nocy na Pradze i łaziłem po Otwocku o każdej porze i jestem i nic mi się nie stało. Nie mówię, że nie dzieją się tam różne napady czy przestępstwa, ale nie dajmy sobie wmówić ze jest tam bardziej niebezpiecznie niż gdzie indziej. Nocleg w Kazimierzu można znaleźć bez problemu. Znajduje się tam tablica informacyjna z mapą miasta i kolorowymi lampkami określającymi, które miejsce ma wolne pokoje. Można oczywiście nocować za 400 zł. Ale my znaleźliśmy bez specjalnego poszukiwania pokój w pięknym stylowym domku, z łazienką, telewizorem i zamkniętym miejscem na samochód za 40 zł. od osoby. Polecam. Tel. 81 881-0693. W Kazimierzu dobiegły końca moje wakacje w Polsce. Odpocząłem jak już dawno mi się nie zdarzyło.

Jeszcze tylko powrót do Otwocka, kupienie grzybów przy drodze, mama, która je udusiła (pyszne) i powrót do Kanady. To był lepszy odpoczynek niż na Kubie, Bermudach czy w Meksyku, chociaż inny i tamte miejsca tez warto zobaczyć. Jedźcie do Polski NA WAKACJE. Nie by porównywać i się frustrować, ale by po prostu odpocząć. Wynajęcie samochodu to nie taki majątek, a daje to wolność poznania. Warto

Marek Mańkowski

"Goniec" 5 pazdziernik 2007

 

 

 

 

 

 

 
   

Marek Mańkowski

 Gazety: Goniec , Nowy dziennik (Nowy York)
©Marek Mańkowski