Wprowadzenie
Biografia
Najnowsze Artykuły
Albumy
Archiwum
Polecam
Kontakt
 

GDZIE NA WAKACJE

Kiedy Mira i Tomek powiedzieli mi dwa tygodnie temu ze jada na 10 dni na Bermudy przypomniało mi to jeden z moich najbardziej interesujących kontraktów. Na Bermudach właśnie. Pracowałem już wtedy w drewnie i jeden z kolegów zaproponował mi tę instalację. Były to spiralne schody w jednej z firm ubezpieczeniowych w Hamilton, Bermudy. Prawdopodobnie budowa nowych była by łatwiejsza, ale nie do mnie należała ta decyzja. By wykonać to, co należało trzeba było w Toronto zbudować dokładny model schodów, potem zamówić elementy z kwaśnej stali wyprofilowane według modelu, jednocalowe wygięte płyty plexiglass i zrobić mahoniową poręcz. To wszystko miało być wysłane w kontenerach na Bermudy i tam mieliśmy instalować nowe schody na bazie starych.

 Piotr Sawala z firmy „Craftwood”był głową tego projektu. Witek Grabowiecki jego przyjaciel, głównym wykonawcą, ja dołączyłem później. Po różnych perypetiach od listopada 2002 do marca 2003 wreszcie wszystko było gotowe i w marcu właśnie wsiedliśmy z Witkiem w samolot. Na Bermudy. Była to moja pierwsza podróż w tropiki (no może niezupełnie tropiki). Jedyne palmy, jakie do tej pory widziałem to na południu Włoch i w palmiarni. W Toronto było wtedy zimno, śnieżno i wilgotno. Bermudy znajdują się z dala od wszystkiego zagubione na bezkresnym Atlantyku. Najbliższy brzeg to North Carolina, ponad tysiąc km. Szerokość geograficzna może nie jest najbardziej południowa, ale ciepły prąd atlantycki powoduje ze temperatura na wyspie rzadko spada poniżej 20 stopni Celsjusza, nawet zimą. Gdy samolot po kilku godzinach nadlatywał nad Bermudy, patrząc przez okno miałem mieszane uczucia. W dole bielił się śnieg. Wszystkie dachy były nim pokryte... Ha ha ha... okazało się szybko, dlaczego... Wszystkie dachy na Bermudach są śnieżnobiałe. Wyspy nie mają naturalnych zasobów słodkiej wody i każdy dom ma wbudowany w fundamenty zbiornik, do którego spływa deszczówka. Dlatego dachy są białe i zbudowane w ten sposób, że cała woda spływa do zbiorników. Ponieważ nie ma tam właściwie przemysłu, wiec i nie ma zanieczyszczeń. Woda, nie filtrowana, jest używana w gospodarstwie domowym i praktycznie wystarcza jej na wszystkie potrzeby. Gdy do białych dachów dodamy ściany pomalowanie w cukierkowe pastelowe kolory tworzy się bajkowy widok. Jakie to było przyjemne uczucie, gdy gorący wiatr uderzył w twarze na bermudzkim lotnisku.

I te prawdziwe palmy i kwiaty, ogromne, znane jako doniczkowe, a tutaj rosnące sobie dziko, trzy, cztery razy większe. Ale zanim wyszedłem z lotniska miałem małą przygodę z celnikami. Wiozłem narzędzia, oczywiście legalnie, ale gdy celnik zapytał, jakie, nieopatrznie powiedziałem ze mam m.in. „nail gun”, czyli pneumatyczną gwoździarkę. To wystarczyło, wszystko, co celnik usłyszał to „GUN”, czyli pistolet. Odstąpił na dwa kroki z ręką na kaburze, nie wiadomo skąd pojawiło się kilku security i poproszono mnie o otwarcie walizki. Na szczęście na Bermudach mówią po angielsku (angielska kolonia, ha ha ha) i sprawa się wyjaśniła. Na zewnątrz czekał na nas przedstawiciel firmy i po zapakowaniu sprzętu w minivana ruszyliśmy do hotelu. To była jazda jak przez rajski ogród. Bermudy są niewielkie. Składają się z wielu wysp, ale nie widać tego specjalnie, bo wszystkie są połączone ze sobą mostami. W najdłuższym miejscu wszystkie wyspy razem nie przekraczają 26km długości. W poprzek, od brzegu do brzegu przechodzi się w piechotą w dwadzieścia minut, w najszerszym miejscu pół godziny. Ruch, jak przystało na angielską kolonię, lewostronny. Drogi tak wąskie, że chyba dwa „maluchy”, czyli fiaty 126p miały by kłopot z mijaniem się. Samochody prawie wyłącznie japońskie, tez wyglądają jak miniaturki samochodów, łącznie z ciężarówkami. Chodników nie ma, poza kilkoma miejscami, jak Hamilton. Drogi z obu stron ograniczone niskimi murkami, nie ma gdzie uskoczyć. Turystom nie wypożycza się samochodów tylko skutery, co jest chyba dobrym pomysłem. Jest taki popularny dowcip na Bermudach, że gdy samochód uderzył przechodnia to kilka godzin trwała operacja... usuwania go z tego przechodnia. Ale tylko te niewielkie samochodziki miały szansę poruszać się dość sprawnie po tych wyspach. Podróż, mimo niewielkiej odległości trwała dość długo, zwłaszcza przejazd przez wąski długi kamienny most, ograniczony z oby stron kamiennymi murkami. Wreszcie dotarliśmy do Hamilton, stolica i największe miasto na Bermudach. Tam w wilii na wzgórzu mieliśmy wynajęty przez firmę pokój ze śniadaniem (bed&breakfast). Bermudy nie są tanie. Jedna noc w „ed. & breakfeast” kosztowała 150 dol. USA. Na szczęście to firma płaciła za nasze zakwaterowanie, jak również dostawaliśmy 50 dol. US dziennie jako diety. To wszystko było extra. I dobrze, bo inaczej trzymiesięczny pobyt byłby dla nas bardzo kosztowny.

Będąc już na miejscu, czekaliśmy teraz na przybycie statku z naszym kontenerem. W międzyczasie mogliśmy zająć się rozbiórką starych schodów i małą instalacją w głównej kwaterze Bacardi.

Dzięki temu w każdy piątek mieliśmy wolny wstęp do firmowego baru, gdzie serwowano darmowe drinki w każdej ilości, łącznie z 24 letnią whisky. Nazywało się to „happy hour”, czyli szczęśliwa godzina i taką właśnie była. Codziennie wstawałem wcześnie rano, gdy jeszcze było ciemno i robiłem sobie marszobieg, odkrywając Bermudy dla siebie. Od wilii, w której mieszkaliśmy do „Spanish Point”, wysuniętego w Atlantyk cypla było ok. 7 km. Dochodziłem tam akurat na wschód słońca. Postałem trochę i wracałem z powrotem by zdążyć na 7 na śniadanie i do pracy. To były piękne codzienne wycieczki, drogą wśród pięknych palm i kwiatów, pastelowych domków i ciszy wczesnego poranka.

Pewnego dnia odkryłem Admiralty House park. Wszedłem tam, pięknie utrzymane trawniki, tropikalna roślinność, potem zarośnięta ścieżka w dół, zwieszające się liany, jak w puszczy tropikalnej, i wreszcie przed moimi oczyma otworzył się niesamowity widok błękitnej laguny. Nie wiedziałem ze taki kolor może istnieć w naturze. Błękit tak nieprawdopodobny, jakiego jeszcze nie widziałem. Przeszedłem wzdłuż urwistego wybrzeża, zauważyłem niewielkie schodki wykute w koralowej skale, wiodące w dół. To była niedziela, miałem czas. Zszedłem na dół, otworzyło się przede mną wejście do jaskini. Wielka, z wymytymi jakby oknami z widokiem na Atlantyk, w środku stare składane lóżko. Ktoś tu pewnie czasem nocował. W drugą stronę wiodły w dół jakieś schodki. Zszedłem tam. Koralowe schodki prowadziły nad brzeg podziemnej małej przystani. Widać było ze przy odpływie mogła tam wpłynąć łódź. Te wyspy mają 400 lat historii. Kawałek jej właśnie znalazłem. Pewnej nocy, po przyjęciu u znajomych, poszedłem tam w całkowitych ciemnościach. To było niezapomniane przeżycie.

Godzina pierwsza w nocy, fosforyzujący ocean widziany przez skaliste okno z jaskini w urwisku, szum fal i świadomość, że w tym kierunku najbliższy ląd znajduje się tysiące km za widnokręgiem. Potem dowiedziałem się, że to akurat miejsce nie jest najbezpieczniejsze nocą, ale nie przeszkodziło mi to odwiedzać je jeszcze nie raz. Witek Grabowiecki, który kierował instalacją na miejscu, jest nie tylko artystą pracy w drewnie, ale także zamiłowanym i uznanym jazzmanem. W związku z tym parę razy po pracy oprowadził mnie po kilku knajpkach, w których kiedyś grał. To było ciekawe doświadczenie. W wielu miejscach go pamiętano. Witek poznał mnie też z parą wspaniałych ludzi. Starsze małżeństwo, Walter i Ophelia. Zaprosili nas na obiad. Oni właśnie sprawili, że uwierzyłem, iż miłość w małżeństwie może trwać zawsze. Po wspaniałym obiedzie, wstali i tańczyli ze sobą, nie krępując się nami i byli jak młoda para, chociaż już tyle dziesiątków lat po ślubie. Phill spotykaliśmy częściej, bo pracowała w firmie, dla której robiliśmy instalację, ale Walter zawsze po nią przyjeżdżał. To Walter właśnie urodzony tutaj, pokazał nam całe Bermudy, wioząc nas swoim samochodem w najciekawsze miejsca, jak wspaniałe akwarium, stare miasto St. George’s, Royal Naval Dockyard gdzie przy nadbrzeżu przycumowany był wielki transatlantyk Quein Elizabeth II. Latarnię morską , dziwny most z przerwą pośrodku takiej szerokości, że tylko maszt żaglówki mógł się przecisnąć... i wiele, wiele innych. Walter i Ophelia zaprosili nas również do siebie na Wielkanoc. Bermudy mają swoją własną tradycję wielkanocną. Wszyscy spotykają się w gronie rodzinnym i przyjaciół ok., godz. 10 rano i zaczynają celebrowanie święta od szampana, a potem puszczają latawce. Latawce, które sami robią. Wszyscy starają się by były jak najbardziej kolorowe i fantazyjne. Jest ich tak wiele i tak wysoko, że przylatujące rejsowe samoloty zmieniają tego dnia kierunek, z którego lądują. Poza tym oczywiście „Black & Stormy” i  wspaniałe jedzenie, głównie tropikalne owoce. Co to jest „Black & Stormy”? Nie powiem. Dowiedzą się ci, co tam kiedyś dotrą. Nie ma tego nigdzie indziej a próby naśladowania są niecelowe.

Bermudczycy nie wchodzą do oceanu przed 25 maja. Gdy wiec w ciepłe niedziele szedłem na plaże na południowej stronie wyspy, byłem jedynym kąpiącym się. Temperatura była wtedy 26 – 28 stopni C, woda cieplutka i w niej nikogo. Może gdyby ktoś był to by mnie ostrzegł żeby nie włazić na koralową skałę przykrytą falami. Ale nie było, wlazłem, i po zejściu wyglądałem jakby mnie ktoś przeciągną przez wielką tarkę. Dobrze, że było niedaleko do brzegu i rekiny nie zdążyły, zwabione zapachem sączącej się zewsząd krwi. Bermudy mają też chyba jedyne na świecie różowe plaże. Nie, to nie od krwawiących niemądrych turystów, którym nikt nikt nie powiedziałby nie wchodzić na koralową skałę. Nie jest to też złudzenie. One naprawdę są różowe. Kolor ten nadają im starte na pył i wymieszane przez fale z piaskiem plaży muszelki. Ten unikalny różowy piasek jest sprzedawany w sklepach z pamiątkami w maleńkich flakonikach po 10 dol. US, ale, od czego nasza narodowa inicjatywa.

Wymyśliłem sobie, że kupię w sklepie piersiówkę rumu bermudzkiego „Black Seal” (uwielbiam rum, zwłaszcza ten) za 4.50 $, pójdę z nim na plaże, wypiję, nabiorę różowego piasku, dopełnię wodą z oceanu i będę miał pamiątkę z przyjemnością. Zrobiłem to ładnych kilka razy. Po powrocie do Kanady część oddałem w prezencie, ale do tej pory zostały mi dwie piersiówki z pamiątkowym piaskiem plaży i wodą z oceanu i nawet małym wodorostem, który po kilku latach ciągle z jakiegoś powodu jest zielony. Czas płynął szybko na tej rajskiej wyspie. Pewnego dnia wykupiłem sobie rejs (wcale nie drogo) dookoła wysp. To też było ciekawe przeżycie zobaczyć wyspy od strony morza.

Przyszedł czas, gdy pierwszy statek pasażerski (cruize ship) zawinął do portu w Hamilton, a z nim pierwsi tego sezonu turyści. Pracowaliśmy po 12 godzin, ale zawsze znalazłem czas by odkryć coś nowego. Bermudy pozostały w mojej pamięci jako rajskie wyspy, pokryte kwiatami, bananowymi gajami, palmami, pastelowymi domami z białymi dachami.

Tam znalazłem też wiarę, że miłość może trwać zawsze, dzięki Walterowi i Ophelii. I chociaż miłość mojej od ośmiu lat dziewczyny wtedy właśnie nie wytrzymała próby czasu i skończyła się parę miesięcy później, dalej w nią wierzę. Trudno opisać dzień po dniu, przez kilka miesięcy. Zajęłoby to zbyt wiele miejsca. Trudno też po kilku latach pamiętać wszystkie szczegóły, jak kolorową niesamowitą rybę leżącą na pomoście i chłopcy krzyczący by się do niej nie zbliżać, bo trująca bardzo, czy tenisowy tournament, na który dostaliśmy bilety z Bacardi,

Masońską ceremonię w St George’s itd. itp. Jedno jeszcze pamiętam dobrze. Po kilku miesiącach pobytu na tych maleńkich wyspach, gdy wróciłem do domu, wsiadłem w samochód i pojechałem daleko, daleko przed siebie (kilkaset kilometrów), po to tylko by zobaczyć, że droga się nie kończy.

Wakacie tam to niezapomniane przeżycie, polecam całym sercem. Może też spotkacie Waltera i Ophelię, może zobaczycie tak jak ja, ogromne zdjęcie polskiego żaglowca „Daru Młodzieży” w porcie bermudzkim zawieszone na ścianie jednego ze sklepów. Może odkryjecie te wyspy tylko dla siebie...

Marek Mańkowski

 
 
   

Marek Mańkowski

 Gazety: Goniec , Nowy dziennik (Nowy York)
©Marek Mańkowski