Wprowadzenie
Biografia
Najnowsze Artykuły
Albumy
Archiwum
Polecam
Kontakt
 

Moje Stampede i nowe pokolenie

 

 

W Calgary zakończyło się największe wydarzenie roku, czyli Stampede. Dziesięć dni rodeo, wyścigów i parad. Kowbojskich kapeluszy, jensow i pasów z dużymi klamrami. Tym żyło miasto również w ostatni weekend. I wtedy właśnie, w sobotę rano wyjechałem z miasta na swoje własne prywatne Stampede. Pogoda miała być piękna, słoneczna i gorąca. Droga przede mną to sto pięćdziesiąt km na północ na rancho Romana Kneblewskiego, o którym pisałem wcześniej jako o prawdziwym ranczerze, kowboju, hodującym konie i krowy. Nie był to mój pierwszy wyjazd do niego, ale tym razem mieliśmy się wybrać na dłuższą wyprawę konną, jako zaprawę przed wyjazdem w góry. Tzn. dłuższa to ona miała być dla mnie, bo dla Romana to była krotka przejażdżka. Na miejsce dojechałem ok. dziewiątej rano. Ranczo znajduje się kilka kilometrów w bok od lokalnej szosy i cisza tam jest wspaniała. Żadnych samolotów nad głową, linii przesyłowych, ani ciągłego mruku miasta, czy szumu opon samochodowych. Za to śpiew ptaków. Śpiew, którego tak bardzo mi brakowało w Ontario, gdzie lasy są praktycznie głuche w porównaniu z polskimi. A tutaj nawet prawdziwe jaskółki latają sobie jak w Polsce.

Jadąc długą polną drogą dojazdową wśród alei drzew nagle z lasu wynurzyły się konie. Nie spętane, wolne, były to klacze ze źrebakami. Przeszły na drugą stronę alei  i zanurzyły się w lesie jak dzikie mustangi.

Romana nie było w domu, jego żona Irena przywitała mnie serdecznie i skierowała tam gdzie mąż karmił zwierzaki. Poszedłem w stronę zabudowań gospodarskich. Przy bramie stał młody ogier i patrzył na mnie z nadzieją. Nic z tego bracie, nie przepuściłem go przez bramę i dobrze się stało, bo Roman powiedział ze on tylko czeka by dorwać się do klaczy, taki młodziak jurny. Ruszyliśmy do domu na śniadanie. Dom Romana i Ireny jest niezwykle gościnny i nie ma mowy żeby nie zjeść i żadne wytłumaczenie ze już się jadło nie pomaga. Zresztą wcale się tak bardzo nie bronię, bo jedzenie rewelacyjne. Mają specjalny sposób na przyrządzanie boczku do jajecznicy, który już znam, ale nie powiem. Same jajka to kolejna historia. Własne kury je niosą, a kury te chowane są tak jak dawniej w Polsce, czyli łażą po podwórku grzebiąc i skubiąc. Żółtka w tych jajkach są ciemno- pomarańczowe takie jak tylko najstarsi pamiętają, a jakich nasze dzieci nie widziały, chyba, że mieszkały na wsi. A do tego pomidorki, cebulka, masełko i przemiła atmosfera. Zasiedzieliśmy się trochę, bo opowieściom zawsze nie ma końca. Tym razem Roman opowiadał o córce Kasi i o tym jak ze łzami zostawiał ją na studia w Paryżu, i o jej późniejszych przygodach w wędrówce po Europie. Kasia jest już po studiach, pracuje w Vancouver i ojciec jej aż pęcznieje z dumy, gdy o niej mówi i próbuje mi wmówić jak bardzo do niego podobna, a ona przecież jest śliczna a on?... No cóż, mężczyzna. Wreszcie w samo południe, w największy 30sto stopniowy upał, zakładamy kapelusze, kowbojskie buty, i idziemy do koni. Młody ogier znowu liczy ze uda mu się wyrwać na amory, ale nic z tego. Wchodzimy na ogrodzone pastwisko. Do Romana koni się nie idzie, one same przychodzą całe szczęśliwe ze coś się dzieje i że go widzą.

 „Mój” koń to „Twister”, ośmioletni wałach, ulubiony koń Romana. Zawsze daje mi go pod siodło. Raz z gościnności a dwa, bo to najsilniejszy ośmiolatek, który może udźwignąć moje 186 cm i 260 funtów. On z kolei będzie dosiadał niedawno ujeżdżonego dwulatka, którego chce nauczyć swojego stylu i porządku. Prowadzimy konie do stajni, szczotkujemy i siodłamy. Jeśli myślicie, że takiemu wielkiemu facetowi jak ja łatwo jest „wskoczyć” na siodło to jesteście w błędzie. Gdy miałem dwadzieścia kilka lat to robiłem to nie używając strzemion, teraz wkładam nogę w strzemię i... Dobrze, że popręg dobrze dociągnięty, bo siodło zawisłoby pod brzuchem zanim na nie „wlazłem”. Roman nie miał tych kłopotów, chociaż starszy (tak, tak, są starsi ode mnie), co kowboj to kowboj. Ruszyliśmy w drogę. Dla nauki młodego konia, jechaliśmy stępa. Przez wielkie pastwiska, bagniste łąki, wzdłuż lasu. Ja jechałem pierwszy, bo to starszy koń powinien prowadzić i w pewnym momencie usłyszałem z tyłu dudnienie kopyt. To koń Romana przestraszył się czegoś i ruszył z kopyta. Mój Twister chciał zrobić to samo i ruszył ostro, ale pomny nauk ściągnąłem (jego) pysk w jedną stronę do swojego kolana i odeszła mu ochota brykania. Twister cały czas miał ochotę sobie pobiec i z trudem udawało mi się hamować jego zapędy. Zwłaszcza, gdy kierowaliśmy się w stronę stajni. To nie był koniec przejażdżki, poprzez stado krów mieliśmy teraz pojechać w inną stronę. Wśród tych krów były dwa potężne byki. Jeden z nich stał na ścieżce, którą musieliśmy zjechać w dół, osłaniając dorodną krowę. Ale co tam, przecież to quater horses, kowbojskie konie nauczone pracy z bydłem, nawet mi do głowy nie przyszłoby się obawiać jakiegoś „głupiego” byka, nawet, jeśli był dwa razy większy od mojego konia. Jakaś intuicja podpowiedziała mi jednak by nie próbować naciskać na niego, każdy samiec broni swojej samicy, w każdym gatunku ssaków, to natura. Potem się dowiedziałem ze mój instynkt był właściwy. Roman już miał mnie ostrzec, gdy zobaczył, że wymijam byka z tylu. Opowiedział mi jak kiedyś próbował „odciąć” byka od stada krów. Byk wpakował wielki łeb pod brzuch koński (na szczęście miał obcięte rogi) i uniósł konia wraz z jeźdźcem w powietrze. Skończyło się szczęśliwie, ale do tej operacji potrzebne są przynajmniej dwa, trzy konie z doświadczonymi jeźdźcami. Ten byk nie miał obciętych rogów... Potem jazda ostro w dół i do rzeki, którą mieliśmy sforsować. I tu nowa nauka. Nie wolno patrzeć w dół na wodę. Człowiek dostaje zawrotu głowy i spada z siodła, bez względu na to jak dobrym jest jeźdźcem. Trzeba patrzeć na punkt na drugim brzegu, do którego chce się dotrzeć i tam kierować konia. Nie można tego punktu stracić z oczu. Gdy woda jest na tyle głęboka, że koń musi płynąć, trzeba zsunąć się z sidła i trzymając popręgu dać się ciągnąć. Koń, gdy raz zachłystnie się wodą, tonie. Tutaj woda nie była głęboka, ale sprawdziłem czy faktycznie zakręca się w głowie... Zakręca, szybko skierowałem wzrok na drugi brzeg, dobrze, że dostałem tę radę. A potem wyjazd pod górę, i znowu piękna preriowa łąka i trawa sięgająca miejscami do brzucha konia, i bagno, gdzie koń zapadał się po kolana i trzeba mu puścić wodze by sam wybrał drogę wyjścia, i jazda przez las i zwalone pnie. Potem znowu przeprawa przez rzekę, trochę głębszą tym razem i już w domu. Konie do stajni, rozsiodłanie i szczotkowanie. Spocone tak, jak by wyszły spod prysznica. Prowadzimy je na pastwisko. Roman uprzedził mnie by po puszczeniu konia wolno uskoczyć szybko za bramę.

Spocone konie padły na grzbiety i zaczęły się tarzać, wymachując w powietrzu kopytami. Potem szczęśliwe poszły do innych a my do domu na obiad. Były to wieprzowe steki zrobione przez Romana na grilu, i sałata i fasolka i same pyszności. Siedzieliśmy sobie na balkonie, patrzyliśmy na przestrzeń, krowy, szczeniaki, pętające się szczęśliwie na dole i ciekawskie lamy. Popijaliśmy tropikalne drinki Malibu i tak chyba wygląda raj. A jutro, w niedzielę wielki dzień. Nowe pokolenie wchodzi w życie. I nowa Polonia się tworzy i nowe pokolenie rośnie. Chrzest wnuczki Romana i Ireny. To syn Marcin i jego młodziutka żona kontynuują linię rodziny Kneblewskich.

Też poszedłem na tę uroczystość w polskim kościele.Ksiądz proboszcz Poszwa mówił pięknie jak to młodzi, którzy w tym kościele brali ślub, teraz spełniają największy cel małżeństwa.

To wzruszająca uroczystość. Nowe życie wkraczające w dwutysieczno-letnia tradycję. I Ci młodzi tę tradycję i wiarę podtrzymujący. Tam poznałem też Kasie, która specjalnie przyleciała z Vancouver. Jest matką chrzestną swojej bratanicy, której nadano imię Ela Natalia. A Roman, szczęśliwy dziadek, już zakupił specjalne dziecięce siodło na aukcji i oddał je do renowacji, i już szkoli konia specjalnie dla wnuczki, która ma dopiero kilka miesięcy. Ach Ci dziadkowie i babcie. Jaka to przyjemność móc bezkarnie rozpieszczać słodkie dzieciaki, zostawiając odpowiedzialność wychowania rodzicom.

 

Niedługo jedziemy z Romanem na prawdziwą konna wyprawę w góry, to dopiero będzie przygoda w krainie grizzly. Jak wrócę, opiszę?

Marek Mańkowski

"Goniec", Toronto, 20 lipca 2007 r.

 

 

 
   

Marek Mańkowski

 Gazety: Goniec , Nowy dziennik (Nowy York)
©Marek Mańkowski