Wprowadzenie
Biografia
Najnowsze Artykuły
Albumy
Archiwum
Polecam
Kontakt
 

MRÓZ PO KOLANA, ŚNIEG -20°… czyli grudzień 2009 w Zachodniej Kanadzie

Narodowym sportem w Kanadzie jest hokej. Wszyscy to wiedzą. To, że w kraju jest masa lodowisk też. Ale to, że w piątek 27 listopada lodowisko zrobiło się na każdej ulicy w mieście Calgary to już była przesada. Mieszkając siedemnaście lat w Mississauga widziałem nie raz tzw. „black ice” i nie raz przyszło mi po nim jeździć, ale to, co było teraz w Calgary przerosło wszystko czego doświadczyłem przez swoje 21 lat w Kanadzie. Zaczęło się bardzo niewinnie. Z pracy wyjechałem wcześnie, bo już o 15:30. Pracuję teraz za miastem, kilkanaście km na północ od Calgary, wśród rozległych falistych prerii, gdzie horyzont z jednej strony zamykają Góry Skaliste, a z pozostałych stron nie zamyka go nic. Część drogi dojazdowej to kilka km szutru w jednym miejscu wiodącego ostro pod górę. Zastanawiałem się parę razy, co będzie, gdy spadnie więcej śniegu w czasie nadchodzącej zimy.  Czasem za oknami stolarni pojawiają się krowy, co dziennie wspaniały wschód słońca. To pierwsza stolarnia, a znam ich wiele, która ma panoramiczne okna, a dookoła żadnych obiektów w zasięgu wzroku. Tak więc jak wspomniałem, wyjechałem tego dnia o 15:30. Kilka płatków śniegu wirowało w powietrzu, ale nie na tyle by sprawiało to kłopot. Gdy mijałem jeden z nowych Malls na północnych przedmieściach, skręciłem do TD Bank by sprawdzić czy zwrócono ukradzione mi z kąta 180 dolarów. Do tej pory tylko w wiadomościach radiowych słyszałem o przedświątecznych kradzieżach z kont bankowych, a teraz dotknęło to mnie. Jak złodzieje to robią, nie wiem. Kartę bankową miałem cały czas przy sobie i to tę nową z „czipem”, który miał ją chronić przed takimi właśnie kradzieżami. W którymś ze sklepów musiano skopiować zawarte w niej elektroniczne informacje, jak i nr PIN i wpisać je na inną kartę, którą następnie użyto do pobrania pieniędzy z mojego konta. Zrobiono to bardzo cwano. Najpierw 20 dol., pewnie by sprawdzić czy działa, a kilka sekund później 160 dol. Takie sumy mogą umknąć naszej uwadze, zwłaszcza gdy nie sprawdzamy stanu konta i wydatków każdego dnia. W tym przypadku zwróciłem uwagę na nietypowe sumy pobrane z maszyny. Było to 22 dol. i 162 dol. Te dwa dolary to opłata gdy używa się inną maszynę niż własnego Banku. Ponieważ nie robiłem tego od miesięcy, wiec pojechałem do swojego oddziały TD by wyjaśnić sprawę. Tam właśnie dowiedziałem się jak to było zrobione, sprawa została skierowana na policję i teraz czekam na zwrot. Tak więc sprawdziłem stan konta w maszynie bankowej na tym Mall-u i ponieważ nie było zwrotu postanowiłem pojechać do swojego „branch TD”, by dowiedzieć się czegoś bliższego i wpłacić czek. Kilka minut spędzonych przy maszynie bankowej zmieniło cały zewnętrzny świat. Szyby samochodu, czyste, gdy wchodziłem do banku, były pokryte warstwą śniegu, który sypał gęstą wirującą masą. Śnieg nawet duży to nie jest coś, co zniechęci mnie do jazdy, nawet gdy nie jest to już Jeep tylko osobowy Intrepid z napędem na dwa koła. Dojechałem bez kłopotów do 14 Street N.W. i ruszyłem na południe wzdłuż Nosowych Wzgórz. Kłopot rozpoczął się przy długim, kilkukilometrowym zjeździe w dół. Nagle okazało się, że pod kopnym śniegiem jest „żywy” lód. Samochody jadące przede mną tańczyły usiłując zahamować przed czerwonym światłem. Dobrze, że w małej przerwie sypiącego śniegu udało mi się tę sytuację zauważyć z dość daleka. Zwolniłem do prędkości pieszego. W tym czasie światła daleko w dole zmieniły się na zielone, samochody ruszyły. Zanim pokonałem tę odległość w żółwim tempie, światła znowu zmieniły się na czerwone. Byłem pierwszym samochodem, który do nich dojeżdżał. Pomimo żółwiego tempa i ABS w hamulcach, auto sunęło z góry na zablokowanych kołach. Patrzyłem w lusterko wsteczne jak daleko za mną jest następny. Z trudem zatrzymałem się przed światłami. Zostawiłem sobie ok. 20 m na ewentualną ucieczkę, gdyby samochód za mną nie zdołał się zatrzymać. Udało się. Jeszcze tylko jedne światła i skręt w lewo. Ciągle z góry w żółwim tempie, od czasu do czasu, samochody poniżej jechały bokiem, wskakiwały na krawężnik i chodnik by zatrzymać się na siatce ogrodzenia. „Jadące” w przeciwnym kierunku prawie stały w miejscu z kręcącymi się kołami. Kto wiedział by jechać na małym biegu ledwo ruszając gaz, trochę się poruszał, kto dodawał gazu stał w miejscu, lub nawet staczał się do tyłu. Widziałem duży terenowy samochód którego wszystkie cztery koła kręciły się szybko do przodu a on spływał po lodzie w tył, póki nie zatrzymał się na innym samochodzie. Skręciłem wreszcie w lewo z 14 Street w Northmount i na parking do banku. Nie zajęło mi więcej niż 15 minut i ruszyłem do domu. Teraz musiałem jechać pod górę. Boczna ulica osiedlowa była zatarasowana przez autobus nie mogący podjechać pod górę i stojące we wszystkich kierunkach samochody. Musiałem znowu pojechać 14 Str, tym razem pod górę. Na szczęście tylko kilkaset metrów, a potem w prawo. Pomimo że mój samochód posiada „traction control” pokonanie tych kilkuset metrów zajęło mi ponad godzinę. Wreszcie skręt w prawo w John Laurie Blvd N.W. Tam stojące rzędy samochodów. Poruszaliśmy się noga za nogą, a właściwie koło za kołem. Po kilometrze okazało się dlaczego. Już na McKnight, od skrzyżowania z 4 Str, N.W. ulica wiodła w dół.

Lód był taki, że samochody pokonywały ją pojedynczo pomimo dwóch pasów, staczając się przodem, bokiem, czasem tyłem. Reszta czekała na swoją kolej. W dali widziałem już swój dom, ale zajęło mi kolejną godzinę nim tam dojechałem, na szczęcie bez szwanku. Cała droga z banku to cztery km. Normalnie zajmuje 5 minut by ją przejechać.

Pod domem, na górzystym podjeździe złapany na trawnikowych głazach pick-up. Zawsze tam się ktoś łapie jadąc za szybko na pochylonym w odwrotną stronę zakręcie. Tym razem każda szybkość to było za szybko. Stał tam, a właściwie wisiał jeszcze dwa dni zanim go ściągnęli. W domu odmówiłem Beacie kategorycznie zawiezienia jej na próbę chóru do kościoła. Ok. godz. 22:00 niewiele się zmieniło na ulicach. Wyszliśmy na spacer. Zadzwonił Antoni Wolak, który wyszedł od nas dwie godziny wcześniej i właśnie udało mu się dojechać do 16 Ave. N.W. czyli ok. 2 km. Pozostało mu jeszcze dwa do domu do śródmieścia. Opowiedział o chaosie na Centre Str. Poszliśmy to zobaczyć. Ja, Beata i nasz ulubiony gość z Krakowa Regina Cyganik.

W całym mieście wyły syreny pogotowia, straży pożarnej i policji. Pod górę McKnight dalej ciąg usiłujących podjechać samochodów, z góry jechały pojedyncze, a właściwie ślizgały się i staczały po gołym wyślizganym lodzie. Na Centre Str. Widać było w dali na szczycie wzgórza łuny świateł samochodów. W połowie zbocza stojące w poprzek samochody i kilka autobusów miejskich. Jeden z nich oparty o wiatę przystanku. Na jego „zadzie” zatrzymało się ok. 10 samochodów. Przekroczyć ulicę na piechotę to była prawdziwa sztuka, tak było ślisko. W radiu podawano wcześniej, że autostrada na północ od Calgary została zamknięta w obu kierunkach. Zderzyło się tam ok. 120 samochodów. Zginął młody 21 letni chłopak, który próbował uciec z karambolu i opuścił rozbity samochód. Przejechał go inny. Nie jest to mądry pomysł opuszczać samochód na autostradzie. W samym mieście było tego wieczoru w sumie ok. 600 wypadków. Karetki pogotowia, by dojechać musiały czekać na piaskarki i jechać za nimi.

A służby miejskie? Chyba czekały jak zwykle na Chinook, czyli ciepły wiatr z gór. Żadnej soli, żadnego piasku, żadnej piaskarki. Ruszyły się dopiero na wezwania ambulansów, które nie mogły dojechać do rannych. Chinook przyszedł w niedzielę i 12 stopni ciepła oczyściło ulice miasta z lodu. Gdyby nie piątkowy „perfect storm” powodujący takie niespodziewane i kompletne oblodzenie, służbom miejskim znowu by się upiekło. Na szczęście trochę ich to nauczyło i w poniedziałek, gdy znowu przyszła śnieżyca, ulice były w czas posypane i przejezdne. To jednak nie koniec.

Mam nadzieję, że nie stanie się tradycją w Albercie, iż w każdy piątek pogoda chce nam przykopać. Tydzień wcześniej „perfrct storm” praktycznie unieruchomił miasto lodową pokrywą ulic, teraz opady śniegu i zamieć uczyniły to samo. Same opady nie były aż tak wielkie jak potrafią być w Ontario (niewiele ponad 20 cm), ale w połączeniu z wichurą wiejącą w poprzek prerii to „niewiele” potrafiło miejscami utworzyć nawet trzymetrowe zaspy. Już w czwartek telewizja zapowiadała wielki problem śnieżny i wszystko sprawdziło się co do joty. Jak pisałem wcześniej, pracuję teraz na zupełnym wygwizdowie i już koło południa zaczęło się białe szaleństwo. Wichura była taka, że trzęsły się ściany budynku i wydawało się że dach się unosi. Za oknami przewalająca się biel. O 14:00 boss nie wytrzymał i zwolnił nas do domu. Zaspy sięgały miejscami półtora metra, ale sama droga, poza kilkoma jęzorami śniegu była wymieciona przez wiatr. Do domu dotarłem bez przeszkód i wydawałoby się, że weekend mogę spędzić w ciepłym mieszkanku oglądając w telewizji zmagania tych, co muszą jeździć. Ponieważ jednak u mnie rzadko bywa normalnie, więc i tym razem wypadło coś co wygnało mnie z ciepłego przytulnego miejsca przy kominku…

Kilka miesięcy wcześniej obiecałem, że 5 grudnia pomogę w serwowaniu obiadu dla ok. 200 ludzi w corocznej imprezie organizowanej przez CAROLINE ELK na której to imprezie podawane są m. in. pieczenie z prawie wszystkich gatunków dzikiej zwierzyny występującej w Albercie. Byłem tam już raz na dwa lata temu, kolejny rok spędziłem w Polsce i teraz miałem być znowu. Nie przewidziałem tylko, a właściwie nie myślałem, że pogoda płata figle. Kto myśli o śniegu i mrozie, gdy na dworze jest + 20…

Tak więc w radiu i telewizji wieczorem 4 grudnia 2009 powtarzano komunikaty o śnieżycy i zamieci i nakazywano pozostanie w domu, bo drogi nieprzejezdne i brak widoczności kompletny i zaspy i mróz… Ale przecież „słowo się rzekło, kobyłka u płota…”

Muszę przyznać, że moja małżonka Beata i moja przyrodnia córka Kinga mają znacznie więcej zaufania we mnie niż ja sam i gdy powiedziałem, że w sobotę rano wyjeżdżamy do Caroline (170 km na północ) nie protestowały specjalnie mocno. Tym bardziej ciążyła odpowiedzialność by dojechać i wrócić w całości. Ciepłe ubranie, ciepłe buty, koce, świeczka, kanapki, woda. Tym razem to nie Jeep, który przejedzie wszędzie, ale osobowy Intrepid z wielosezonowymi oponami i tylko przednim napędem. W środku, owszem, luksusowo i ciepło, ale nie jest to auto przeznaczone do ekstremalnych warunków drogowych.

Rano sprawdziłem stan dróg na Internecie. Autostrada do Edmonton, na odcinku od Calgary do Red Deer była zamknięta. To właśnie droga, którą mieliśmy jechać. 30 km przed Red Deer, w Innisville trzeba skręcić na zachód i 70 km dalej jest Caroline. Inna możliwość to droga nr. 22, będąca prawdopodobnie w jeszcze gorszym stanie niż główna autostrada.

Jedyne ustępstwo jakie zrobiłem to późniejszy wyjazd, razem ze wschodem słońca, czyli o 7:30 rano. Brzask pozwalał widzieć trochę więcej niż tylko biały tuman. Od domu do autostrady mam nie więcej niż kilometr. Wyjazd z miasta nie był taki zły. Beata nie znając dobrze angielskiego nie słuchała komunikatów z radia o nieprzejezdności drogi, którą mieliśmy właśnie jechać. Obietnica dana kilka miesięcy wcześniej siedziała w głowie. Postanowiłem jechać autostradą tak daleko jak się da, a potem próbować przebić się do drogi nr 22. Najgorsza była widoczność. Wichura ciągnęła nieprzerwaną rzekę białego śniegu w poprzek drogi na wysokości kilkudziesięciu cm. Nierówne oblodzone koleiny nie pozwalały jechać szybciej niż 80 – 90 km/godz. Co jakiś czas samochód przebijał nawiane śnieżne jęzory i wtedy tuman rozbijanego puchu unosił się na kilka metrów w górę.

Co kilkaset metrów, po obu stronach autostrady i pomiędzy pasmami stały w zaspach samochody osobowe, pick-up-y, małe ciężarówki i wielkie TIR-y. Zakopane w śniegu, często powyżej dachu, sprawiały wrażenie jakby jechało się przez teren gdzie właśnie przeszła wojna. Cały czas słuchałem komunikatów radiowych. W pewnym momencie przekazano wiadomości, że autostrada do Red Deer została otwarta. Zapowiadało się dobrze…

Przed zjazdem na Didsbury, ok. 80 km od Calgary wśród tumanów śniegu zamajaczyły światła stopu i awaryjne. Udało mi się wyhamować. Włączyłem natychmiast awaryjne kierunkowskazy. Droga była zatarasowana kilkunastoma samochodami. Kilka wielkich ciężarówek stało zakopanych. Widać było, że rozpaczliwie hamowały. W prześwitach białego tumanu, daleko z przodu widać było jakiś ruch. Charakterystyczne światła na wysokich tykach wskazywały na pracujący pług śnieżny. To była jakaś nadzieja. Już po 15 minutach ruszyło się. Rozpędem przejechałem zbierającą się zaspę. Pod wiaduktem stała wieka ciężarówka wbita w nawianą masę śniegu, wysoką może na dwa metry. Pług śnieżny pracował nad odgarnięciem rampy zjazdowej na drogę do Didsbury. Udało się. Didsbury było kilka km na zachód od autostrady. Tam skręciłem na drogę nr. 2A, wiodącą na północ. Dało się jechać. W Bowden wróciłem na autostradę na kilka kilometrów przed Innisvile, potem zjazd na drogę nr 54 do Caroline. Na rancho Romana dojechaliśmy o jedenastej. Dwa razy tyle czasu co normalnie zajęła nam ta droga, ale udało się. Roman z samego rana przejechał kilka km drogi dojazdowej do swojego domu spychaczem, byśmy mogli dojechać. Dziewczyny zostały z Ireną, jego żoną, a ja pojechałem 15 km dalej do Caroline by pomóc w krojeniu ziemniaków na nadchodzący obiad. Roman był tam od rana. Po południu, już Romana dużym pick-upem z napędem na 4 koła pojechaliśmy znowu do Caroline serwować doroczny obiad. Szefem kuchni był Ron, na co dzień prawdziwy szeryf w jednym z miasteczek. Zjawiły się też jego dwie śliczne córki Heather i Janice, lat 14 i 16 by pomóc w ustawieniu wszystkiego. Byli też kanadyjscy pionierzy, zbierający talerze, panie, które kucharzyły, inne sprzedające bilety (tylko 10 dol.) no i sześciu którzy kroili mięsiwa (pieczenie z łosia, karibu, kilku gatunków kozic, bizona, królika, jelenia i wapiti). Pomimo pogody przyszło sporo ludzi, ale przecież ranczerzy to twardzi ludzie i jakieś tam zaspy nie zatrzymają ich przed coroczną imprezą. Na rancho wróciliśmy przed 20:00. Nie było sensu wracać po ciemku do Calgary. Ciągle wiejący w poprzek drogi śnieg powodował, że w świetle reflektorów trudno się było zorientować gdzie droga a gdzie już pole. To był powód, dla którego tyle setek samochodów siedziało w zaspach na poboczu autostrady i dróg. By do nich nie dołączyć, zostaliśmy na noc w gościnie u Romana i Ireny, chociaż rano musiałem być w Calgary. Wyruszyliśmy tuż przed brzaskiem i już po 60 km byliśmy na autostradzie, która tym razem była przejezdna i już bez przygód dojechaliśmy do domu. Zarówno w jedną jak i w drugą stronę Kinga prawie cały czas spała, a Beata robiła na drutach. Nie wiem czy mają takie nerwy czy takie zaufanie doi swojego kierowcy?  Co nam przyniesie ten piątek? Zobaczymy. Na razie przez tydzień jest tylko w wietrze ok. -42 C ale to nic…

Mała rada dla kierowców, którzy muszą jechać w zimowych ciężkich warunkach. Oprócz koca, świeczki, i zmiany ciepłego ubrania, woźcie koniecznie w bagażniku łopatę. Ogromna większość samochodów, które widziałem po drodze zakopanych na poboczu szos mogłaby wyjechać z powrotem na drogę o własnych siłach, gdyby ich kierowcy mieli czym je wykopać ze śniegu. Kilka lat temu, gdy „udało” mi się kompletnie zakopać i posadzić na podwoziu ciężki terenowy Tahoe w śniegu na preriach Saskatchewan, wykopałem go i postawiłem z powrotem na drodze właśnie za pomocą szpadla, bez niczyjej pomocy.

Marek Mańkowski

 

 

 
   

Marek Mańkowski

 Gazety: Goniec , Nowy dziennik (Nowy York)
©Marek Mańkowski