Wprowadzenie
Biografia
Najnowsze Artykuły
Albumy
Archiwum
Polecam
Kontakt
 

LECĄC NA PÓŁNOC

                       

 

            Kanadyjska Północ przyciąga jak magnes. Kto raz zobaczył i przeżył tam choć kilka dni, zawsze będzie chciał tam wrócić. Dlatego latem, gdy Piotr Toruń zaproponował mi wyprawę małym samolotem w północne bezdroża, zaśmiały mi się oczy. Początkowo miało to być w sierpniu, co dla mnie nie było zbyt szczęśliwym rozwiązaniem (sezon polowań rozpoczyna się dopiero we wrześniu), ale z różnych względów termin przeciągnął się aż do początku października. Był to chyba najlepszy czas na taki wyjazd.

O jedenastej w nocy 5 października wyruszyliśmy. Jechało nas czterech Piotra samochodem. Jego minivan pozwalał pomieścić wygodnie nas wszystkich plus bagaże i broń. Kolejnych dwóch uczestników jechało osobowym mercedesem, a jeszcze dwóch miało nas spotkać już przy samolocie kilkadziesiąt km na północ od Elliot Lake, w połowie drogi między Sudbury i Sault Ste. Marie. Podczas całonocnej przez ok. 700 kilometrów jazdy nic się specjalnego nie wydarzyło, choć na samym początku prowadzący mercedes chciał jechać przez pomyłkę do Sudbury przez Scarborough, przegapiając zjazd z 401 na 400. Na szczęście, zorientował się już przy Keele St. i wrócił na właściwą trasę. O brzasku byliśmy na miejscu. W maleńkim motelu nad brzegiem jeziora przywitała nas reszta ekipy. W sumie było nas ośmiu: Piotr Toruń, Marek Choruży, Andrzej Zielke, Waldemar Reczydło, Krzysztof Merski (gość z Polski), Kazimierz Romanowski, Konrad Świetlik i ja.

Poranek był rześki. Na poręczy tarasu skrzył się szron. Nad jeziorem unosiła się mgła. To przez tę mgłę musieliśmy czekać prawie do dziesiątej, by samolot mógł wystartować. Większość uczestników wyprawy (właściwie wszyscy, poza mną) to zapaleni wędkarze, nie trwało więc długo, gdy poskładali do kupy swoje wędki i zaczęli łowić. Andrzej przygotował nawet jedną wędkę dla mnie, choć moje dotychczasowe osiągnięcie w łapaniu ryb to zgubienie “kotwiczki”, którą dano mi do pilnowania nad French River parę lat temu. Powiedziałem mu o tym, ale się nie zraził i, kusząc los, założył na żyłkę swojego ulubionego “krakusa” (tak się chyba nazywała ta sztuczna rybka z haczykami) przywiezionego prosto z Polski. Kazał mi go wrzucić do wody i kręcić kołowrotkiem. No to wrzucałem i kręciłem, ale to było mu mało, bo jeszcze do tego kazał mi kręcić nierówno. Chyba przez to nierówne kręcenie w pewnym momencie coś się pod wodą przyczepiło i zaczęło ciągnąć. Zacząłem ciągnąć i ja, i to coś się zerwało. Andrzej mówił, że to była ryba, i probówał mnie pocieszyć, że to on źle zawiązał węzeł na “przyponie”, ale ja wiedziałem swoje. Mnie po prostu nie można dawać wędki do ręki. Ta zerwana ryba powiedziała chyba innym, bood tej pory nic się już nikomu do wędki nie przyczepiało. Na szczęście, mgła zaczęła się unosić i przyszedł nasz pilot Bruno.

Bruno jest emigrantem z Niemiec, ma 67 lat, a jego mały samolot kołyszący się na pływakach w przystani chyba tyle samo, sądząc po zegarach i urządzeniach w kabinie (jedyne urządzenie elektroniczne, jakie się tam znalazło, to był mój GPS). Mieliśmy lecieć w dwóch turach. Najpierw Waldek, Kazimierz, Krzysztof i Konrad. Samolot był czteroosobowy i wyglądało na to, że pilot się już nie zmieści, nie mówiąc o całej furze bagażu. Jednak kilkudziesięcioletnie doświadczenie Bruna spowodowało, że cały bagaż pierwszej czwórki i oni sami (trzech z tyłu, jeden z Brunem z przodu) zmieścił się jakoś w tym samolociku. Przypominało to trochę wyjazd całej rodziny na miesięczne wczasy jednym Fiatem 126p. Bruno prosił, by najcięższy z czwórki zajął miejsce z przodu. Wypadło na Konrada i tu ujawnił się problem. Miał to być jego pierwszy lot małym samolotem i to, co widział, zupełnie mu się nie podobało. Zastosował więc metodę “baru i brzydkiej dziewczyny”, nie rozstając się z termosem. “Dziewczyna” straciła trochę ze swojej brzydoty i Konrad zdecydował, że jednak poleci, ale wyłącznie na tylnym siedzeniu, nie przy oknie i z termosem w reku.

Było ok. 10 rano, gdy Bruno odcumował samolocik od pomostu, powiedział naszej czwórce, że za cztery godziny będzie z powrotem, wsiadł do kabiny i zapuścił silnik. Po paru prychnięciach gwieździsty silnik zastartowal i po chwili zawył na wyższych obrotach. Jakieś 200 m od brzegu ostro przyspieszył, pływaki uniosły dzioby do góry i samolot rwał po wodzie jak najszybsza motorówka. Tyle tylko, że nie chciał się poderwać. Wreszcie, gdy prawie kończyło się jezioro, pływaki z niechęcią wyszły z wody, ciągnąc za sobą chmurę wodnego pyłu. Samolot troszkę przypadł, ale szybko wyrównał, zatoczył koło i wznosząc się powoli, poleciał prosto na północ. Wszystko musiało pójść dobrze, bo Bruno wrócił jak obiecał. Teraz w ruch poszły nasze bagaże. Okazało się, że nie zmieszczą się dwa twarde pokrowce z bronią i trzeba je zostawić, a strzelbę i dwa sztucery wziąć luzem. Miałem szczęście, że z naszej grupy byłem najcięższy. Nie musiałem ściskać się z tyłu, zastanawiając się, czy nie puści zamek w drzwiach, tylko mogłem wygodnie rozsiąść się z przodu, trochę tylko zaczepiając kolanem o wolant, jedną stopą o skrzynkę z narzędziami, a drugą o coś, co nie wiem, co to było. Silnik znowu “zagdakał”, potem zawył i ruszyliśmy. Początkowo widziałem tylko niebo ponad zadartym wysoko nosem samolotu. Ryk silnika stał się jeszcze głośniejszy. Bruno poruszył parę razy drążkiem do przodu i do tyłu, bujając całym samolotem. Delikatnie i niezauważalnie oderwaliśmy się od powierzchni wody i skierowaliśmy na PÓŁNOC.

Lot był wspaniały. Kolorowe drzewa tworzyły w dole najpiękniejszy dywan. Niezliczone jeziora i jeziorka, falujące wzgórza pokryte niekończącym się lasem, rzeki, rzeczki i strumyki. Nie da się tego wszystkiego zobaczyć jadąc samochodem czy idąc piechotą. Duży, rejsowy samolot leci zbyt wysoko. Za to widok z tego małego samolociku lecącego paręset metrów nad ziemią zapierał dech w piersiach. Często nawet dosłownie, gdy samolot zapadał się gwałtownie kilkanaście metrów w dół, przelatując nad jakimś kolejnym jeziorem, i wznosił się w górę nad lasem (to ciepłe i zimne prądy powietrzne tak nami rzucały). Wreszcie daleko w dole nad samym brzegiem dużego jeziora zobaczyliśmy samotną kabinę, pomost i łodzie. Bruno zniżył lot, wyrównal i, nie wiadomo kiedy, prawie nieodczuwalnie dotknął wody. Zmienił się ton silnika i już sunęliśmy po wodzie jak motorówka.

Koledzy z poprzedniego rzutu już na nas czekali. Wyładowaliśmy bagaże i Bruno odleciał, obiecując, że przyleci po nas w piątek.  W kabinie był jeden duży pokój pełniący rolę kuchni, jadalni i salonu oraz dwie sypialnie, w każdej po dwa piętrowe łóżka. Ubikacja to był mały domek na zewnątrz, a największa to była łazienka – cały brzeg jeziora. Klopot tylko, że nie ogrzewana i z zimną wodą. Za to z pięknym widokiem. Po jako takim ułożeniu bagaży, koledzy zainstalowali silniki na łodziach i ruszyli na jezioro, a ja z Markiem Chorużym do lasu. Marek już na samym początku, jeszcze przy kabinie odkrył pętającego się “grousa”, czyli kanadyjskiego jarząbka, ale nie miał przy sobie strzelby, więc zostawiliśmy go na później.

Na razie ruszyliśmy w las. Przejść pół kilometra w takiej dzikiej kniei to jak gdzie indziej dziesięć, ale odkryliśmy wspaniałą, pokrytą glazami górę i można było pomyśleć o założeniu przynęty i zasiadce na niedźwiedzia.

Zanotowałem to miejsce w GPS i ruszyliśmy w stronę jeziora, by poszukać “grousów”. Było już blisko jeziora i woda prześwitywała przez gąszcza świerków i cedrów, gdy z łopotem poderwał się “grouse”. Leciał nisko w lewo ode mnie (Marek był po mojej prawej stronie). Strzeliłem raz i drugi. Ptak spadł i był martwy, zanim do niego doszedłem. Na szczęście, nie trafiłem go całą wiązką, a tylko paroma śrucinami. Chociaż później przez to koledzy twierdzili, że ptak na pewno padł na serce lub ze starości, nie widząc i nie czując w zębach śrucin. To drugie było nawet bardzo prawdopodobne, bo po dwugodzinnym gotowaniu “grouse” był tak twardy i łykowaty, jakby miał sto lat. Okazało się zresztą później, że był to chyba jedyny “grouse” w okolicy.

Nie było to ostatnie trofeum tego dnia, chociaż te inne stanowią raczej domenę kolegi Szelocha, który pisze barwne opowieści o rybach. Cała bowiem reszta towarzystwa wsiadła na łodzie i popłynęła w siną dal. Wrócili wszyscy, i choć w różnych porach, to jednak tego samego dnia, co dość dobrze świadczy o ich orientacji w terenie. To, oczywiście, żart. Każdy z uczestników wyprawy bywał już na północy, niektórzy nawet całkiem daleko. Z łodzi posypały się dorodne sztuki szczupaków. Wyglądało na to, że zupełnie niepotrzebnie braliśmy ze sobą zapasy żywności. Ja, chociaż nie przepadam specjalnie za łowieniem ryb, to jednak uwielbiam je jeść. Wyglądało na to, że czeka mnie tyle ryby, ile nie udało mi się zjeść przez ostatni rok. I tak właśnie było. Do tego Koledzy wędkarze umieli te ryby wspaniale przyrządzac. Waldek Reczydło przywiózł nawet specjalną, swojego przepisu przyprawę, i było to pyszne. Andrzej Zielke miał z kolei swój sposób przyrządzania i to też było niebo. Siedziałem więc i jadłem, czując się trochę głupio, że ani nie umiem łapać tych szczupaków, ani ich smażyć. Jednak Waldek spojrzał na mnie i stwierdził, że dobrze mieć w grupie kogoś, kto potrafi docenić rybę i ją zjeść. Dołożył mi przy tym jeszcze parę kawałków filetów.

Jeszcze tego samego popołudnia, dosłownie trzydzieści metrów od kabiny odkryłem ślady, które trochę wzburzyły krew. Były to pięknie odciśnięte w mokrym piasku ślady niedźwiedzia. Wyraźne i świeże. Wyglądało na to, że miód, który przywiozłem ze sobą, może się jednak przydać. Podgrzałem go w puszce i wystawiłem jeszcze tego samego wieczoru. Szansa niewielka, ale zdarzało się, że miś podchodził do obozowiska niezapowiedziany. Niestety, ten musiał należeć do tych bardziej bojaźliwych albo obźartych, bo mimo późniejszego wystawiania przynęty w środku kniei i długich zasiadek już się nie pokazał. Kanadyjczycy mówią, że gdy jesteś w Rzymie, rób to co robią Rzymianie. Polacy bardziej dosadnie – wlazłeś między wrony, to kracz jak i one.

Ponieważ znalazłem się w towarzystwie wędkarzy, więc wiedziałem, że łowienie ryb mnie nie ominie. Wykupiłem nawet licencję na rybę, a właściwie to na kilka ryb. Nie wiem dokładnie ile, ale koledzy powiedzieli, że mogę łowić. Popłynąłem łodzią z Andrzejem. On wziął wędki, a ja, oczywiście, strzelbę, bo zawsze mogą trafić się kaczki.

No i trafiły się, tyle że perkozy, które smakują jak wrony, więc nie warto było marnować. To przez kaczki niewiele brakowało, że musielibyśmy wracać z Andrzejem piechotą nocą przez las, bo szukając ich po różnych zatoczkach, wpędziliśmy się w bagno. Silnik zassał błoto do systemu chłodzenia, system się zatkał, silnik zaczął dymić i trzeba go było szybko wyłączyć. Silny wiatr spychał nas coraz bardziej w porośnięte czymś bagno, kotwica poleciała trzy metry w dół i zawisła, nie trzymając łodzi. Wyciągnęliśmy ją z trudem razem z kilogramami błota i próbowaliśmy wiosłować na czyste wody. Posuwaliśmy się z trudem pod wiatr i wysoką falę, ale nie było wyjścia. Z wiatrem można było płynąć tylko w bagno. Wreszcie po długim wysiłku dobiliśmy do kamienistego brzegu z czystą wodą i zajeliśmy się silnikiem. To była prawdziwą ulga, gdy udało nam się przeczyścić i przedmuchać wszystkie dostępne nam rurki systemu chłodzenia i po zapaleniu silnika popłynęła nimi znowu czysta woda. Mając sprawny silnik, nie przejmowaliśmy się już wzrastającym coraz bardziej wiatrem i coraz większymi falami. Zresztą Andrzej doskonale radził sobie z łodzią w tym warunkach. Widać było, że nie robi tego po raz pierwszy. Taki był dzień drugi.

W tym czasie w jednej z piaszczystych zatok przestrzelaliśmy trochę sztucery. Piotr miał nową lunetę na swoim .338 Magnum i trzeba było ją ustawić. Nigdy też nie zaszkodzi sprawdzić, czy nie przestawiły się przyrządy celownicze w dawno nie używanym sztucerze. Strzelaliśmy więc wszyscy, tzn. Marek ze swojego .30-06, Piotr ze swojego Sako i ja z mego .30-30. To był udany dzień, a na kolację znowu były szczupaki. W dowolnej ilości.

Czas płynął nieubłaganie. Była już środa i ryby rybami, ale trzeba było na serio sprawdzić, czy misiu faktycznie wyniósł się z okolicy. Wiadro rybich resztek i słoik miodu powinien wystarczyć, by się o tym przekonać. Tak więc po porannych bezskutecznych próbach wykorzystania mojej licencji na rybę, polegających na wrzucaniu i wyciąganiu różnych sztucznych rybek przyczepionych do końca żyłki, zająłem się tym po co naprawdę tam pojechałem, czyli polowaniem na niedźwiedzia (ciekawe, że inni też wrzucali i wyciągali te same sztuczne rybki, ale im prawie zawsze przyczepiał się na końcu spory szczupak). Około południa, gdy wszyscy odpłynęli na kolejne połowy, wziąłem plecak, sztucer, wiadro z rybami i ruszyłem w knieje. Poruszanie się przez las na dalekiej północy z pustymi rękami nie jest łatwe. Dźwigając ciężkie wiadro, jest to co najmniej kłopotliwe, tym bardziej, że trzeba też zwracać uwagę na kierunek poruszania się, co w tej splątanej gęstwienie rosnących i powalonych drzew nie jest łatwe. Dotarłem jednak na upatrzone wcześniej miejsce, przede wszystkim dzięki cudownemu wynalazkowi, jakim jest GPS. Stanowisko uszykowałem sobie na wysokiej skale. Przynętę wyłożyłem pod i na ogromnym głazie, pod którym znajdowała się głęboka ciemna jaskinia. Idealne miejsce dla misia na zimowy sen.

Zamaskowałem swoje zapachy i wdrapałem się na “swoją” skałę w odległości jakichś 100 m od przynęty. Las żył. Głównie wiewiórkami i chipmunkami. Czekałem do momentu, w którym przestałem widzieć muszkę i szczerbinkę w sztucerze, czyli jakieś piętnaście minut po zachodzie słońca. Trochę za długo, biorąc pod uwagę fakt, że do kabiny miałem spory kawałek. Jednak z GPS w ręku nie musiałem się obawiać, że po ciemku zmylę kierunek. Jedyny kłopot to unikanie nabicia sobie guza o niewidoczne już drzewa.

Do kabiny dotarłem bez kłopotu, trochę tylko poobijany. Wszyscy już tam byli i oczywiście, znowu było co smażyć. Czwartek był naszym ostatnim pełnym dniem pobytu. Andrzej uparł się, że muszę złowić rybę, więc rano wyruszyliśmy na połów. Pogoda zrobiła się piękna, zatoczki urocze, tylko ryba ciągle nie chciała wziąć. Już chciałem powiedzieć Andrzejowi, że ja jestem takim rybnym Jonaszem i na pewno nic nie złowimy, gdy nagle poczułem, że coś ciągnie mi za żyłkę. I co powiecie? To był naprawdę szczupak. Mój pierwszy w życiu. Właściwie to moja pierwsza prawdziwa ryba w życiu.

 

Po zmianie miejsca szczupaka złowił Andrzej, potem znowu ja i  jeszcze raz ja i jeszcze. W sumie złapałem tych szczupaków cztery, a Andrzej dwa. Z tym, że Andrzej złapał jeszcze coś, czego nie powinien złapać, i to coś zaczepiło się tak nieszcześliwie (dla siebie), że haczyk wyciągnął się razem z mięsem. Nie było sensu wypuszczać tej ryby. I tak by zdechła. Sezon na nią skończył się parę dni temu, ale szkoda było ją po prostu wyrzucić.

Oczywiście, jak w kiepskiej powieści, niedługo potem, opływając cypel, najechaliśmy prosto na łódź “game wardens”, czyli strażników przyrody. Słyszeliśmy silnik tej łodzi przedtem, ale myśleliśmy, że to koledzy. Jezioro nie ma połączenia z innymi. Dostać się na nie można tylko samolotem. Skąd się wzięli strażnicy? Tak czy inaczej, znaleźli, oczywiście, naszą nielegalną rybę i trzeba było płynąć do kabiny po dokumenty. Strażników było dwóch. Jeden biały, drugi Indianin. Spojrzałem przypadkiem na tabliczkę z nazwiskiem na mundurze Indianina. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom – to nazwisko, to Czerwiński. Polski Indianin w środku kanadyjskiej puszczy. Okazało się, że jego ojciec jest Polakiem, a matka Indianką. Nie wiem, czy mówił po polsku. Jeżeli tak, to się z tym nie zdradził. Dostaliśmy oczywiście mandat, ale nie zarekwirowali nam wędki. W międzyczasie przypłynęli koledzy, więc sprawdzili też ich połów, ale wszystko było w zgodzie z limitami.        

Zrobiło się już późno, poszedłem jeszcze w las, sprawdzić przynętę. Nie ruszona. Posiedziałem do zmroku. Nic. Na drugi dzień odlatywaliśmy z powrotem. Na nasze miejsce przylecieli Kanadyjczycy na łosia. Sezon rozpoczynał się w sobotę. Mieli też GPS, więc przekazałem im pozycję przynęty na misia. Może im się uda. Jest on tam na pewno. Widziałem wyraźne ślady.

Znowu lecieliśmy na dwie tury. Bagaż lżejszy o zjedzoną żywność, ale cięższy o szczupacze filety. Ponieważ był to piątek, wczesne popołudnie, więc szkoda było jeszcze wracać do domu. Pojechaliśmy więc jeszcze na French River. Wynajęliśmy tam cottage i łódź, i następnego dnia rano, po ciężkiej nocy dla niektórych z nas i argumentach nie tylko słownych w miejscowym barze, wypłynęliśmy na ryby.

Mgła była gęsta, Andrzej prowadził łódź, ja kodowałem kolejne pozycje na GPS, by nie zabłądzić w powrotnej drodze wśród skomplikowanych zatok i kanałów rzeki, a Marek cierpiał bardzo po mało przespanej nocy. Zanim mgła się podniosła, Andrzej złapał bassa (tak się to chyba nazywa), i chyba była to jedyna ryba tego ranka. Trochę po południu wyruszyliśmy w drogę powrotną, bez kłopotów docierając do domów.

W sumie wyprawa była trochę bardziej do opisu dla kolegi Szelocha niż dla mnie, ale myślę, że mi wybaczy małe wejście na jego rybną domenę. Tak zakończyla się ta północna przygoda i choć więcej w niej było ryb niż polowania, to i tak było pięknie. Jest to doskonałe miejsce na łosie, widziałem tam całe autostrady ich śladów, jak również ślady wilka i niedźwiedzia. Zwierzyny w bród, ryby mnóstwo, widoki przepiękne. Polecam.

Darz Bór.

Marek Mańkowski

Toronto "Gazeta" 20.10.1998

           

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 
   

Marek Mańkowski

 Gazety: Goniec , Nowy dziennik (Nowy York)
©Marek Mańkowski