Wprowadzenie
Biografia
Najnowsze Artykuły
Albumy
Archiwum
Polecam
Kontakt
 

KAWA

 

Mówi się w Calgary, że jak ci się nie podoba pogoda, to poczekaj pięć minut… Często się to sprawdza, ale tym razem trwało to trochę dłużej. Kilka tygodni dłużej. Za to zmiana nastąpiła dość radykalna. Zrobiło się ciepło. I to ciepło powyżej zera. Dużo powyżej zera. W ostatnią niedzielę tj. 18 stycznia 2009 temperatura osiągnęła plus szesnaście stopni. Dobrze ci tak, Toronto i okolice. Cieszyliście się, że nam wódka zamarza, a my teraz bez dalekich i drogich lotów na Południe możemy sobie pić tropikalne drinki przy oślepiającym słońcu. No, mogliśmy. Ciepło trwało jeden dzień. A oślepiające słońce nie zależy w Calgary od temperatury. Tysiąc metrów nad poziomem morza to jak mieszkanie w górach, chociaż góry te widoczne z miasta wznoszą się majestatycznie na niebotyczne wysokości. W Calgary nie musimy się obawiać światowego potopu, zapowiadanego na rok 2012.

Chociaż w okolicy Drumheller jakieś 120 km na wschód od Calgary są ślady oceanu z przed 300 milionów lat…Ten ocean zalał wtedy dinozaury i teraz wykopujemy je tam hurtowo, znajdując coraz to nowe gatunki. Może nas kiedyś będą wykopywać dinozaury, bo historia lubi zataczać koło. Poza przeraźliwie jaskrawym słońcem, mamy jeszcze w Calgary huśtawki ciśnienia co odbija się pewnie na ludziach z nadciśnieniem i kawę trzeba chyba pić według barometru. Poza jedną kawą. Kawą o której już pisałem, kawą monsunową. Do tej pory można się jej było napić tylko w Java Jambore w Cochrane, 20 km na zachód od Calgary. Pisałem że Java Jambore, urocza kawiarenka jest prowadzona przez polsko-węgierskie małżeństwo – Les i Ottilia Jaworski. Kawiarnia, znajdująca się na dużym mall-u z „Canadian Tire” i „Safewyay” jest ogromnym zaskoczeniem. Z zewnątrz wygląda jak każda, ale w środku wystrój od razu przenosi w inny świat. Ale nie tylko to. Okazuje się, że jest to jedno z 28 miejsc na całym świecie gdzie podaje się kawę, tzw. monsunową. Kawa ta jest sprowadzana z Indii do Seattle w USA. Jest przechowywana w czasie pory monsunowej, co prawda pod dachem, ale ziarna pobierają monsunową wilgoć przez 16 tygodni, co powoduje jej unikalny smak. Smak, nie do porównania z żadnym innym. Do tej kawy aż wstyd dodać cukier.

Nie da się tego opowiedzieć, to trzeba spróbować. Czemu do tego wracam? Bo od jakiegoś już czasu kawę monsunową państwa Jaworskich można pić w Calgary. Miejsce jest doskonałe, dokładnie na rogu 8 Str. SW i 14 Ave. SW. Adres wygląda może jak szyfr, ale nie dla calgaryjczyków. 14 Ave. SW jest tylko kilka minut na północ od słynnej 17 Ave. Gdy sprowadziłem się trzy lata temu do Calgary pierwsze kilka tygodni mieszkałem tuż obok tego miejsca i teraz żałuję że tam nie zostałem.

Chociaż i tak nie mam daleko bo nie więcej ja 10 minut samochodem. Było moją rutyną, że w każdą niedzielę rano jechałem sobie na kawę do któregoś ze „Starbucks” by w spokoju napić się kawy, czy herbaty, poczytać sobie książkę i dobrze rozpocząć wolny dzień. Teraz Starbucks odpadł zupełnie. Jego atmosfera nawet się nie umywa do KAWA. Tak się nazywa ta kawiarenka. Nie Coffe, ale KAWA. Tak zwyczajnie po polsku. A niech się Kanadyjczycy dziwią. Jak się dziwią to wejdą zobaczyć. I wchodzą. Bywałem tam w różnych porach, różnych dniach tygodnia i zawsze jest tam ruch. A jednocześnie można się tam odosobnić i oderwać od świata. Chyba sprawia to wystrój i nastrój. Można tam spotkać ciekawych ludzi i ciekawe charaktery. Młodych i starych i średnich. KAWA stała się tez miejscem spotkań śmietanki towarzyskiej calgaryjskiej Polonii. Nie tej błyszczącej nowymi modelami drogich samochodów, bogatych ubiorów, której głównym tematem rozmów jest ilość pieniędzy, wielkość domów, i miejsca drogich wakacji na Południu, ale tej dla której sztuka i dusza ludzka to nie wykładnik portfela. W KAWA można się nie tylko napić kawy, ale również zamówić lampkę wina czy kieliszeczek likieru, zjeść pyszny jabłecznik, czy inne ciasteczko, zamówić gulasz na lunch. Odbył się tam nawet mały Sylwester. Na ścianach mała galeria ciekawych obrazów lokalnych malarzy. Gdy przyjeżdżam tam prawie każdego niedzielnego poranka, po wcześniejszym zaopatrzeniu się polską prasę w sali parafialnej polskiego kościoła, staram się zawsze zająć z Beatą dwa wygodne fotele niedaleko kominka by przy monsunowej „coffe latte” zatopić się na kilkadziesiąt minut w lekturze nowej „Agory” „Polityki” „Przekroju” czy po prostu czytanej właśnie książki. Dobrze jest mieć takie miejsce. To pozwala nawet na obczyźnie czuć się u siebie.

 

Marek Mańkowski

 "Goniec"  23-29 styczeń 2009

 

 
 
   

Marek Mańkowski

 Gazety: Goniec , Nowy dziennik (Nowy York)
©Marek Mańkowski