Wprowadzenie
Biografia
Najnowsze Artykuły
Albumy
Archiwum
Polecam
Kontakt
 

JAK DALEKO MOŻNA WYJECHAĆ NA ZAWSZE…?

 

Słupsk, miasto na północy Polski, blisko morza. Ulica Generała Roi, później przemianowana na Sygietyńskiego i mała ul. Światopełka, właściwie to plac zakończony murem, za którym był teren przedszkola. Ul. Sygietyńskiego pokryta białym ubitym zlodowaciałym śniegiem, na którym wspaniale jeździło się na łyżwach przykręcanych do butów. Mroźne dni i pierwsze wspomnienia pachnącej prawdziwej choinki. To środek lat 50. Nie było wtedy jeszcze plastikowych. Po choinkę jechało się do lasu. Z babcią i siostrą własnoręcznie robiliśmy wycinanki, zabawki i cukierki by je powiesić na zielonym drzewku. I bombki, wyjmowane przez ojca jak skarb jakiś, schowane przez cały rok nie wiadomo gdzie. Zaplątane w „anielskie włosy”, niektóre poryte woskiem skapującym z prawdziwych świeczek. Czyściliśmy je, zakładaliśmy nowe nitki. W Dzień Wigilijny ojciec stawiał choinkę i zawieszał gwiazdę na szczycie. Resztę robiliśmy my pod jego kierunkiem. Mama z babcią szykowały Wigilię. 12 potraw, jak dwunastu Apostołów. Żadnego alkoholu. Karp w galarecie i po grecku, śledź, pierogi, postna kapusta, kompot z suszonych śliwek, czerwony barszcz z uszkami... W nocy rodzice szli na pasterkę a my spać z wielką niecierpliwością, by rano popędzić w piżamach pod choinkę gdzie czekały prezenty. Wierzyliśmy wtedy, że przynosi je nam św. Mikołaj. Chcieliśmy go zobaczyć, próbowaliśmy czuwać, czasem słyszeliśmy trzask drzwi wejściowych, ale On zawsze był szybszy…Takie są moje pierwsze wspomnienia z Wigilii. Ciepłe, bezpieczne, tajemnicze i radosne. Miałem dobre dzieciństwo. Lata płynęły, przeprowadzki do Płocka, Jabłonny, Otwocka. Zmieniały się miejsca, znajomi, rośliśmy razem z siostrą, zmienialiśmy szkoły i miejsca. W tym pełnym zmian życiu jedno się nie zmieniało i trwało jak opoka. WIGILIA. Zawsze tak samo, zawsze rodzinnie i w domu. Nie było już babci, odeszła jeszcze w Słupsku. Pamiętam jak dziś, wielki czarny samochód, którym jechaliśmy wiele, wiele godzin i ciężarówkę, na której jechała trumna. Nasza kochana babcia…A Wigilia trwała. Zawsze tak samo, zawsze te same potrawy, ta sama radość i zawsze puste miejsce przy stole, z pustym nakryciem… chwila zadumy. Rok 1970, pierwsza Wigilia bez siostry. Wyjechała daleko, aż do Kaliforni. Potem okazało się, że na zawsze… A Wigilia trwała… te same potrawy, puste miejsce przy stole, zdjęcia robione przy choince z życzeniami dla siostry. Niedługo potem 1973 i znowu było nas więcej. Żona, syn. A Wigilia ciągle taka sama, te same potrawy, ta sama radość, to samo puste miejsce przy stole… I Marcin, mój syn czekający na św. Mikołaja, radosny, szczęśliwy. Rok 1986. Odszedł ojciec, odszedł na zawsze, jak babcia, jak dziadek, za wcześnie… To była smutna Wigilia… te same potrawy to samo puste miejsce prze stole… Rok 1987. Emigracja. Tylko ja , żona i syn. Pierwsza Wigilia na obczyźnie. Ulm w Niemczech Zachodnich. 12 potraw na stole. Karp w galarecie i po grecku, śledź, pierogi, postna kapusta, kompot z suszonych śliwek, czerwony barszcz z uszkami… Tylko nas troje i puste miejsce przy stole… smutno…

Rok 1988. Kanada. Pierwsza wigilia u siostry, jej dzieci, mąż. Radosna Wigilia, dwanaście potraw na stole… Karp w galarecie i po grecku, śledź, pierogi, postna kapusta, kompot z suszonych śliwek, czerwony barszcz z uszkami… i puste miejsce przy stole… Syn dorósł i się ożenił, z żoną już nie razem, ładnych kilka samotnych lat, ale Wigilia zawsze taka sama, dwanaście potraw na stole… Karp w galarecie i po grecku, śledź, pierogi, postna kapusta, kompot z suszonych śliwek, czerwony barszcz z uszkami…i puste miejsca przy stole… Polska Pasterka w małym kościółku w Oakville, samotny spacer w nocy nad jeziorem na molo, z tańczącymi płatkami śniegu, czarną wodą i wspomnieniami… Rok 2005. Calgary, rok 2007, Warszawa. Już nie sam. Przy stole znowu miłość i przyjaźn i radość i dwanaście potraw na stole… Karp w galarecie i po grecku, śledź, pierogi, postna kapusta, kompot z suszonych śliwek, czerwony barszcz z uszkami … i puste miejsce przy stole… Rok 2008, Calgary, Wigilia, 12 potraw… Rok 2009, nadchodzi Wigilia, z żoną z przyrodnią córką i ma przyjechać syn z żoną z Vancouver i będzie dwanaście potraw na stole… Karp w galarecie i po grecku, śledź, pierogi, postna kapusta, kompot z suszonych śliwek, czerwony barszcz z uszkami … i puste miejsce przy stole…

56 Wigilii, wszystkie takie same, tylko ludzie czasem ubywali, ale tak naprawdę to zawsze byli w pamięci, nawet gdy odeszli na zawsze. Gdziekolwiek nie poniosą nas losy, nie zapominajmy o tradycji Wigilii, nie zmieniajmy jej, nie dostosowujmy do niczego. Ta tradycja, to nasza pamięć, nasze korzenie, dzieciństwo i Świat. Wigilia w polskiej tradycji jest jak skała. Niezmienna. Taka powinna pozostać na zawsze.

I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz. Pamiętajmy, że Wigilia i Boże Narodzenie to pamiątka narodzin Jezusa. To nie szał zakupów, prezentów zabawy. To URODZINY BOGA.  Dajmy Jemu prezent największy. To, czego nas zawsze nauczał. Szczerego przebaczenia. Prawie zawsze jest w naszym życiu ktoś, kto nas skrzywdził, czasem bardzo, czasem nawet okrutnie. W ten dzień wybierzmy sobie takiego człowieka, do którego mamy żal największy, pójdźmy do niego lub zadzwońmy i przebaczmy mu szczerze jak nauczał Jezus. ON przecież przebaczył tym, którzy Go na śmierć wysłali i tym, co grzeszyli… i dalej przebacza. Zapomnijmy, chociaż na ten czas o tej małej naszej bezinteresownej zawiści. O tym, że ktoś założył taki chór, a ktoś jest konsulem czy prezesem. Spróbujmy się ucieszyć szczerze, że komuś się coś udało osiągnąć, poprzyjmy tego, który chce dla nas coś zrobić a nie oczerniajmy go, jak to jest w zwyczaju wielu.  Zróbmy Bogu ten prezent, który na pewno ucieszy go najbardziej: przebaczmy i NIE RÓBMY BLIŹNIEMU, CO NAM NIE MIŁE.

W mroźną calgaryjską noc wigilijną zapłonie u mnie ogień w kominku.

Lubię patrzeć w ogień, patrzeć jak się zmienia i tańczy, jak zbiera się żar. Patrzyłem nie raz w ten ogień i nie raz myślałem o toczących się losach ludzkich, o pamięci, o przyjaźniach trwających i przemijających, o tych, którzy pomagają i o tych, którzy o tym zapominają. Jak często wygodnie jest zapomnieć o ludziach, którzy nam pomogli. Jak łatwo zbagatelizować i pomniejszyć pomoc, która tak ważna była wtedy, gdy jej potrzebowaliśmy i jak niewiele znacząca jest dla nas, gdy już jej nie chcemy... Wino jest dobre i ogień się żarzy i jeśli jest gdzieś chociaż jedna osoba, która pamięta, że jej ktoś pomógł… To warto

 

Marek Mańkowski

 

 
   

Marek Mańkowski

 Gazety: Goniec , Nowy dziennik (Nowy York)
©Marek Mańkowski