Wprowadzenie
Biografia
Najnowsze Artykuły
Albumy
Archiwum
Polecam
Kontakt
 

"JAK BLISKO, JAK DALEKO...”

 

 

                                                                                        3 Luty 2004

  JAK BLISKO, JAK DALEKO...”

 „...czasem szczęściu możemy dać imię, gdy sie zjawia nadziei granulka,

że na wschodzie, w dalekim Brooklinie

mieszka dziewczę, na imię ma Ulka...”

 

Właśnie wróciłem z Nowego Yorku. Przyleciałem tam wczoraj. Pierwszy raz byłem tam samolotem, do tej pory jeździłem samochodem. Samochodem z Toronto zajmuje to niecałe osiem godzin, jeśli w Syracuse skręci się na południe i pojedzie przez Appalachy. Wtedy jest tylko 780 km.  Samolot przeleciał dokładnie nad Manhattanem tak nisko, że  w Central Park widać było prawie każdą ścieżkę. Potem wyleciał nad ocean, zawrócił i zaczął podchodzić do lądowania na lotnisku La Guardia. W dole wyraźnie widać było Statuę Wolności, i Brighton Beach i Brooklyn . Rozpoznawałem ulice po których jeździłem i Green Point, to skupisko Polaków i nawet rozpoznałem dom dziewczyny, z którą jeszcze półtora roku temu łączyło mnie coś co pomogło mi żyć.

A potem Brooklyn Bridge znany Wam na pewno z filmu "Kate i Leopold" i już lądowanie. Miałem tylko plecak więc szybko poszło, zresztą odprawa do USA odbywa się teraz w Kanadzie i w NY już nic nie sprawdzają. Wsiadłem w żółtą taxi i pojechałem na Pier (nadbrzeże)94 na 54 St i 12 Avenue, gdzie zakończyła się wystawa i trzeba było wszystko spakować i oddać papiery do spedycji. Zajęło mi to czas do 12 w nocy ale skończyłem. I znowu w żółtej taxi i jadę, tym razem przez Brooklyn Bridge do Brighton Beach. To rosyjska dzielnica nad samym oceanem w pobliżu Coney Island. Jest tam długi drewniany deptak wzdłuż plaży, na którym latem są wystawione stoliki rosyjskich restauracji, rosyjska muzyka i rosyjskie piwo. Czemu tam akurat pojechałem? Bo mieszka tam moja dobra koleżanka, z którą mam wiele wspólnych wspomnień. Przegadaliśmy do 2:30 nad ranem przy butelce czerwonego, ontaryjskiego wina i dobrej whiskey, potem poszliśmy spać (w różnych pokojach).

 

Kasia (tak ma na imię) szła rano do pracy , więc o 7 poszliśmy z jej psem Piratem na spacer po plaży atlantyckiej. Był piękny wschód słońca, fale rozpływały się po piasku, psy biegały, Kasia pozdrawiała znajomych po rosyjsku. Patrząc na ocean myślałem o Kai, ślicznej dziennikarce, którą poznałem w Polsce i o tym jak ukochała morze. W oddali zauważyłem człowieka w samych slipach szykującego się do kąpieli mimo, że to początek lutego. Okazało się, że to Rosjanin, który robi to codziennie. Kasia opowiedziała mi w związku z tym historię pewnej Rosjanki, która tak bardzo pragnęła przyjechać do USA ze sfałszowała wizę. I udało się jej. Ironia losu sprawiła, że w wieku 42 lat dostała raka skóry. Po paru miesiącach umarła. Pamiętali ją wszyscy na plaży w Brighton Beach. Zawsze rano kąpała się w morzu, bez względu na pogodę czy porę roku. Pamiętali ją jako dziewczynę, która spełniła swoje marzenia i chociaż krótko, była szczęśliwa. Potem śniadanie. Kasia naszykowała zbyt wiele ale było pyszne i nie dało się zostawić. A potem do subway czyli metra i na Manhattan. Kasia pracuje w dużej firmie adwokackiej na dolnym Manhattanie. Po sąsiedzku z byłym World Trade Centre. Pamiętnego września przyjechała wcześniej niż zwykle do pracy. Gdyby nie to, znalazła by się na stacji metra dokładnie w czasie gdy zawaliły się wieżowce. Widziała jak drugi samolot uderzał w wieżowiec, widziała ludzi skaczącychokien, była świadkiem tych wydarzeń. Jeszcze tylko wspólna kawa i zostaję sam.

Idę zrobić trochę zdjęć z Ground Zero. Przypomina się tamten dzien. Dookoła ciągle nie wyremontowane do końca wieżowce, głęboki potężny wykop, w którym pracują ludzie i maszyny. Coś powstaje na nowo. Wsiadam znowu w metro i jadę w stronę 46 St, gdzie jestem umówiony na lunch w hotelu Mariot.

Wysiadam wcześniej, juz na 32 St. i idę piechotą po 7 Avenue czyli Broadway (no może niezupełnie, Broadway przecina pod skosem prostokątny układ ulic na Manhatanie i tylko kawałek łączy sie z 7 Ave. na wysokości 44 St).  Pomimo dnia i słońca reklamy błyszczą swoim własnym blaskiem. Zmieniają się teksty, filmy i kolory. Gra świateł i cieni.

Nagle słyszę tętent kopyt. To policja konna. Za chwilę wycie syren.

Zjeżdżają się radiowozy. Naliczyłem ich ok 70. Światła błyskają na dachach radiowozów. Ale policjanci uśmiechnięci. To ćwiczenia. Robię zdjęcia. Dochodzę do hotelu Mariot. Na górę i do baru na umówiony lunch. Niezłe to było. No i niestety czas na odlot.

Znowu żółta taxi i port lotniczy La Guardia. Samolot opóźniony ale jest. Startujemy z godzinnym opóźnieniem.

Już po godzinie w Toronto. Wszystko to zajęło mi 24 godziny. Świat się skurczył, odległości przestały mieć znaczenie. Nowy York, kiedyś myślałem, że to takie same miasto jak inne, tylko większe, teraz wiem, że nie ma drugiego takiego. I zawsze się za nim tęskni...

 

Marek Mańkowski   "Nowy Dziennik" NY, marzec 2004, Głos Polski, Toronto, luty 2004

 

 
 
   

Marek Mańkowski

 Gazety: Goniec , Nowy dziennik (Nowy York)
©Marek Mańkowski