Wprowadzenie
Biografia
Najnowsze Artykuły
Albumy
Archiwum
Polecam
Kontakt
 

Ćwiartkowe konie Alberty

 Efekty dosłownego tłumaczenia z angielskiego na polski są często zaskakujące. Nazwę  Quarter Horses tak właśnie można przetłumaczyć, chociaż nie oddaje to sensu nazwy, a raczej jest całkiem bez sensu. Nazwa ta wzięła się nie stad ze jest to ćwierć konia tylko, że jest to najszybszy koń na dystansie 1/4 mili, czyli 400 metrów.

Pełna nazwa to American Quarter Horse.

Jest to najpopularniejsza rasa koni w Stanach Zjednoczonych a American Quarter Horse Association jest największą zarejestrowaną organizacją na świecie mając 3.2 Miliona zarejestrowanych „Ćwiartkowych Koni”. Największa zarejestrowana szybkość tego konia to 55 mil/godz., czyli 88 km/godz. To jest szybkość, którą z trudem osiągał ”mały fiat”. Może łatwiej będzie teraz uwierzyć filmom, na których kowboje dościgali konno pędzący pociąg. Koń ten był używany jako pracujący przez całą historie powstania Stanów Zjednoczonych. Można śmiało powiedzieć ze tę historię tworzył. Jest mocno zbudowany, z charakterystycznym dużym zaokrąglonym zadem, niewysoki i bardzo umięśniony. Potrafi zawrócić w miejscu jak żaden inny koń, jest czujny, mądry i łagodny dla ludzi. Przy pracy z bydłem wystarczy mu nie przeszkadzać by zachowywał się jak dobrze wyszkolony pies owczarek przy stadzie owiec, czujny na każdy ruch niesfornej krowy.

Jaka jest jego historia? W latach 1600 amerykańscy koloniści zaczęli krzyżować przywiezione konie rasy angielskiej dzikimi mustangami, które powstały z hiszpańskich  arabów przywiezionych tu przez Konkwistadorów. Rezultatem był stosunkowo niewysoki pracujący koń kolonistów nazwany początkowo „Quarter Miler” lub „Quarter Mile Horse”. Był szybki, mocny i wytrzymały, pracujący w tygodniu i używany do wyścigów w niedzielę. Tory wyścigowe tamtych czasów w Ameryce to były proste, płaskie odcinki przestrzeni, krótsze niż normalne tory wyścigowe np. w Anglii. Konie te niejednokrotnie wygrywały na tych krótkich dystansach z rasowymi arabami czy koniem angielskim. Powstały we wschodnich stanach i ruszyły na zachód wraz z pierwszymi pionierami. Tam, krzyżowane z potomkami hiszpańskich koni wyhodowanych przez Komanczów, Szoszonów i Nez Perce okazały się końmi ze wspaniałymi cechami do pracy z bydłem. Stały się podstawą życia na farmach i ranczach. I tak jest do dzisiaj, chociaż już nie na taką skalę. Konie te dalej używane są do pracy na ranczach, stanowią podstawę wyposażenia policji konnej, są najpopularniejsze wśród miłośników jazdy konnej w Ameryce. Dominują również wszystkie pokazy rodeo. Rodeo, wbrew potocznemu mniemaniu w Polsce to nie tylko ujeżdżanie brykających koni, ale przede wszystkim pokaz ich umiejętności w obchodzeniu się z bydłem. Takie dyscypliny jak „cutting”, „reining, „pening”, „sorting”, „barrel racing” są niezwykle widowiskowe i pokazują w pełni zalety konia i umiejętności jeździeckie w westernowym stylu jazdy. Ten styl staje się coraz popularniejszy w Europie w tym również i w Polsce. Jednym z entuzjastów tego stylu jest w Polsce Aleksander Jarmuła, o którym pisałem wcześniej, będąc u niego na ranczo pod Tarnowem. Konie te mają jeszcze jedną ogromną zaletę: są niezwykle łagodne w obejściu z ludźmi. Gdy wchodzi się do nich, podchodzą same i czekają na pieszczoty jak łagodne psy lub domagają się ich wręcz, wciskając łeb po pachę lub pod dłoń. Nie są narowiste, idą spokojnie, są idealne do nauki jazdy. Są też wspaniałe na górskie wycieczki po bezdrożach. Jechałem na takim koniu przez dziki górski las, po stromych zboczach gdzie zwalone drzewa piętrzyły się jedno na drugim, a koń jakimś cudem sam wynajdywał drogę w tym galimatiasie skał i drzew.

W zeszłą sobotę miałem okazję być na aukcji tych koni na dużym ranczo, ok. 300 km na północ od Calgary. Pojechaliśmy tam razem z Romanem Kneblewskim, który chciał się zorientować w cenach koni i ewentualnie cos dokupić do swojego stada. Ciągnęliśmy ze sobą dużą przyczepę na trzy konie, chociaż Irena, żona Romana przykazała mu „siedzieć na rękach” podczas licytacji. Do sprzedaży wystawione były 63 konie. Można je było sobie obejrzeć w ogrodzeniach, wejść do nich, dotknąć sprawdzić kopyta. Ludzi było dużo, głównie ranczerów, często z rodzinami. Licytacja odbywała się w wielkiej zadaszonej arenie.

Prowadził ją zawodowiec i na żywo miałem okazję usłyszeć tę specyficzną melodię. Jego trzej pomocnicy znajdowali się na samej arenie i dawali mu znaki i reakcji kupujących i rejestrowali podawane ceny. Było to bardzo widowiskowe i jeśli ktoś będzie miał okazję pojechać na aukcję koni, polecam, chociażby tylko by popatrzeć i posłuchać. Na wielką próbę jest też wystawiona wtedy nasza znajomość angielskiego, bo słowa padają tak szybko, że trudno nadążyć z ich rejestrowaniem. Jednocześnie z licytacją odbywał się pokaz licytowanego konia i tego, co on potrafi. Wzdłuż areny na ruchomej linie przeciągana była płachta imitująca krowę (był nawet na niej napis „cow” żeby koń nie miał wątpliwości) i konie pokazywały swoje reakcje jakby pilnowały prawdziwą jałówkę przed ucieczką, zatrzymując się gwałtownie w miejscu tam gdzie ona i blokując jej miejsca ucieczki. Koni tych dosiadały córki właściciela  rancza on sam i kilku pracowników. Musieli się zmieniać, bo licytacja trwała ok. 6 godzin. Sprzedane zostały wszystkie konie, oprócz jednej klaczy. Ceny były bardzo przystępne i jak powiedział Roman, niskie jak na tę klasę koni. Już za 800 dolarów można było zostać właścicielem prawdziwego Quarter Horse. Większość koni jednak szła w granicach 2-3 tysięcy dolarów, co nie jest jakąś zawrotną sumą, chociaż kilka poszło za kilkanaście tysięcy.

I jeszcze ciekawostka: Quarter Horses nie potrzebują stajni. Przebywają cały czas na powietrzu, nawet w największe mrozy. Potrzebują tyko kawałek wiaty lub gęstych drzew by schować się od wiatru, tak, więc ich utrzymanie jest stosunkowo nie drogie.

Wracaliśmy, gdy już było dobrze pod wieczór, Roman bardzo dumny z siebie, że udało mu się przesiedzieć „na rękach” i nic nie kupił, chociaż bardzo go ciągnęło. Już niedaleko domu dopadł nas potężny grad, ale dojechaliśmy bez szwanku.

Przyczepa się tym razem nie przydała. Roman używa ją nie tylko, gdy jedzie na licytację, ale także na wyjazdy w góry na konne wycieczki. Może zabrać wtedy trzy konie, a przednia część oddzielona ścianą to normalna przyczepa campingowa z dwoma łóżkami, łazienką, kuchnią i bieżącą wodą. Tak właśnie mamy się wybrać w Góry Skaliste na konną wyprawę, ale to już będzie inna historia.

Marek Mańkowski

"Goniec", Toronto, 24 sierpnia 2007

 

 

 

 
   

Marek Mańkowski

 Gazety: Goniec , Nowy dziennik (Nowy York)
©Marek Mańkowski